- Mam taką nadzieję. - jego głos wydawał się jakiś pusty, cichy, bez głębszych emocji. Czy to było następstwo wczorajszej rozmowy pomiędzy nim a Samirem, czy po prostu postanowił dalej grać, wyzbyć się wszelkich dobrych uczuć? Ciężko było mu to teraz stwierdzić. Po prostu... Czuł się inaczej. Gdy przyszła Armin, spojrzał na nią zaledwie kilka sekund po czym odwrócił głowę i zaciągnął się papierosem, niedopałek gasząc pod butem.
- Ruszajmy - stwierdził i zaczął wstawać. Na pożegnanie kiwnął karczmarzowi głową, po czym wyszedl z karczmy i osiodłał swojego konia. Sprawdził wiązania, pogłaskał konia wolnym, melancholijnym ruchem ręki po szyi i łbie, po czym przyłożył głowę do głowy zwierzęcia. Stał tak chwilę w ciszy i delektował się spokojem.
Wsiadł na konia i powoli ruszył, a za nim pozostali. Czekała ich długa podróż.
Jechaliście od dwóch godzin. Mohamed przez większość drogi jechał w milczeniu od niechcenia rozglądając się po okolicy. Hemis o tej porze, w tej okolicy przynajmniej, wydawał się piękny. Z nieba padał delikatny śnieg, zaś ten, który leżał na ziemi był tak puszysty, że można było tylko na niego legnąć i leżeć aż do śmierci.
Po jakichś pięciu godzinach od wyruszenia z karczmy dostrzegliście w oddali strzeliste wieże grodu, skrytego w tej chwili za długą ścieżką leśną.
Czujne oczy Kruków już na starcie wyłapały, że na jednym z drzew wiszą dwie postacie. Ubrane były w długie, czarne szaty, zaś twarze skryte miały za postrzępionymi chustami. Z ciał wystawały im strzały.
- Jesteśmy prawie na miejscu... - stwierdził posępnie zeskakując z konia i podchodząc do ciał.