Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Odrodzenie

<< < (35/52) > >>

Armin:
- No jasne. - zaśmiała się przyspieszając kroku. - Takiej zabawy nie możemy przegapić. Chodźmy do środka. - jak powiedziała, tak zrobiła.

Samir:
- Wchodzimy zatem - mruknął bardziej do siebie mauren i za Armin wszedł do karczmy.

Mohamed Khaled:
Armin i Samir:
W karczmie panowała burda. Szklanki latały po pomieszczeniu, kilku obdartusów tłukło siebie i strażników, karczmarz wojował szablą i ciął każdego kto nawinął się pod ostrze. Na was na razie nie zwrócono uwagi.

Mohamed:
Dotarł w końcu do ostatniej chaty, przy której czekała teraz kobieta. Nie odzywała się ani słowem, skinęła tylko ręką i zaprosiła do środka. Kruk niechętnie i podejrzliwie wszedł do środka, ale gdy zobaczył co znajduje się w chacie jego nieufność uleciała. Na łóżku, cały w przesiąkniętych krwią bandażach leżał jego przyjaciel. Z trudem utrzymywał przytomność i zdrowy umysł, a gdy zobaczył czarnoskórego, uśmiechnął się popękanymi ustami ukazując liczny brak uzębienia.
- Wiedziałem, że przybędziesz, przyjacielu. Szkoda... Że nie spotkaliśmy się w innnych... okolicznościach - wysapał z trudem. Usiądź. Musimy poro-ro-zmawiać.
Kruk kiwnął tylko głową i przysuwając  krzesło siadł przy łożu.
- Wybacz, że tak późno.
- Wiem, że prze...wrót nie nalezy do rzeczy łatwych - odpowiedział z lekką ironią i kaszlnął krwią. - Wiem po co przybywasz. Jest ich... czterech - kaszlnął raz jeszcze. - Drake, Zahir, Saiph i... Gac. Ten ostatni to wąp...ierz. Uważaj na niego. Do zamku jest jeszcze jedno wejście... Ekhem, wrr - warknął cicho, jego oczy zaszły mgłą, a ręka którą wystawił w stronę Mohameda opadła bezwiednie. Był martwy.
- Kurwa! - warknął cicho pod nosem.
- Wejście do zamku znajduje się za tym budynkiem, w podziemiach. Drewniana klapa przykryta stosem siana. Długi korytarz, potem w lewo i prawo. Na samym końcu na górę po drabinie. Wyjdziesz w skrzydle sypialnym[/i] - mruknęła kobieta i położyła rękę na ramieniu Khaleda. - Zabij ich. Pomścij jego śmierć. Cała czwórka byłą odpowiedzialna za jego stan.
- Zabije ich. O to martwić się nie musisz.
- Wiem o tym. - uśmiechnęła się smutno i odeszła by przeżyć żałobę w samotności.
Kruk narzucił kaptur na łeb i wyszedł z budynku. Panowało w nim wzburzenie.

Samir:
Widząc, było nie było, karczemną burdę Samir nie pozostawał bezczynny. Sprawdził dla pewności mocowania ukrytych ostrzy i wskoczył na stół.
- Towarzysze, towarzyszki! Lżą was, smagają batogiem. W imię czego? Pychy szlachty? Niech sobie stawiają pałace, ale w Efehidonie, nie u nas! Wy tu harujecie, a owieczki to kto nakarmi, co? Towarzysze, wyzyskują was! Za wolność waszą i naszą! - wydarł się dziko mauren, poniesiony chwilą i skoczył ze stołu na najbliższego strażnikiem, sążnistym kopniakiem łamiąc mu nos. Runął na niego i zaatakował wściekle pięściami, chcąc jak najszybciej unieszkodliwić.

Mohamed Khaled:
Samir i Armin:
Burda na chwilę się uspokoiła, a wszyscy jak zaczarowani słuchali słów Samira. Niektórzy kiwali zgodnie głową, inni kręcili niedowierzając twoim słowom. Przysłuchiwało się tez nawet kilku pierdolonych biedackich żołdaków którym zdecydowanie nie podobały się twoje słowa. W końcu gdy zaatakowałeś jednego z pomniejszych żołdaków, burda rozpoczęła się od nowa i tym razem była już o wiele ostrzejsza. Straż, która do tej pory się przysłuchiwała, wyciągnęła swe ostrza i zaczęła mordować przebywających w środku biedaków. Woleli jak widać na zaś pozbyć się problemu niż później męczyć się z pomniejszym buntem.

5/5 pierdoleni biedaccy żołdacy

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej