- 25 grzywien –odrzekł karczmarz, który o dziwo nie polerował kufla. Wycierał szynkwas. - Dla porównanie każdy inny wziął o wiele tańsze. Tak żeś sobie pan sam narobił bigosu – wyjaśnił.- Z tymi luksusami to bym w ogóle uważał na czyjś koszt... – mruknął, gdy Egbert wziął kakao. A potem już się nie odzywał.
Nawet o tak wczesnej porze, w dodatku w Hemis, ludzie wcześnie zaczynali dzień. Nie mało ludzi chodziło już po ulicach miasta. Jednak nie na tyle, aby nazwać to tłokiem, tak więc Dragosani i Evening mogli spacerować w spokoju. Względnym, bo jednak widok anielicy i wampira razem przyciągał dużo uwagi, zwłaszcza w mieście, którego nazwa pochodziła od imienia boga światła, dobra i nadziei. I który też był panem aniołów.
Reakcje przechodniów jednak ograniczały się do spojrzeń, a nawet ukłonów w stronę anielicy. Nad miastem, jak zwykle górowała piękna i strzelista wieża katedry. Rozległ się z niej dźwięk dzwonów. Oznaczał on nastanie godziny ósmej rano.
Anielica i wampir dotarli też na targ. Rozkładały się tam powoli kramy różnych handlarzy, inni zaś, ci, którzy mieli swe własne sklepy, otwierali je. Wśród nich odnaleźli szyld świadczący, że właściciel był zielarzem oraz alchemikiem.
Wędrówka Nawaara prowadziła go zaś przez ulice miasta. Mauren widział, jak kilkoro strażników nosi coś okrytego płachtą. Spod materiału zaś kapały czasami krople krwi. Może były to resztki wampira, którego ukatrupił Samir? Albo jakieś wściekłe zwierze? Kto wiedział. Mężczyzna napotkał też na drodze starą kobiecinę, która to prowadziła za rekę niesfornego wnuka. Gdzie indziej, lecz całkiem niedaleko, pewien stary handlarz rozpakowywał swoje towary.