Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Na rozprostowanie kości
Zaidaan:
Emerick rozejrzał się podejrzliwie po zaułku, czy przypadkiem gdzieś się nie chowa więcej, by to jakaś zasadzka nie była. Chociaż sądząc po świętym mieście to pewnie jakiś diler odpustów. Dalej zachowując ostrożność podszedł bliżej.
Dragosani:
Dragosani nadleciał w chwile potem. Pęd powietrza wywołany przez Evening był tylko małym problemem. Antares latał jako nietoperz od wielu, wielu lat. Miał w tym wprawę i potrafił sobie radzić z wiatrem i prądami powietrza. Wampir podleciał do anielicy i powrócił do swojej naturalnej formy jeszcze w powietrzu. Wylądował zgrabnie, bez problemów uzyskując równowagę z wprawą urodzonego akrobaty. Złapał Evening za rękę i przyciągnął ją lekko do siebie, aby jej pomóc ustać na szczycie stromego dachu.
- Biją w dzwony jakby królewski syn się narodził - skomentował. - Ciekawe czy zawsze ludzie mają tutaj taka pobudkę. - Spojrzał z dachu w miasto i lasy za nim. - Ale widoki stąd niezłe. - Spojrzał na anielicę. - Wspaniałe wręcz.
Armin:
Kobieta szła przed siebie nie zważając na panujący półmrok. Bądźmy szczerzy, hemis nie był ulubioną porą roku tychże ciepłolubnych ludzi, jednak tutaj hemis było do zniesienia.
Mijała ulice, jednak niewiele detali potrafiła ujrzeć, gdyż było dosyć ciemno. Twarz miała zakrytą arafatką, toteż jej policzki nie były widoczne dla innych przechodniów.
Mimo tak wczesnej godziny, ciemnoskóra mijała ludzi, niektórzy gdzieś się spieszyli, inni szli wolnym krokiem w tylko im znanym kierunkowi. Niektórzy rozweseleni osobnicy witali się z kobietą, a ona odpowiadała im skinieniem głowy. Kruk przecież też może być uprzejmy i miły dla innych.
Idąc nie liczyła czasu, ani kroków, które wykonała. Na jednej z ulic przystanęła na chwilę, by spojrzeć w niebo. Wydawało jej się przez chwilę, że widziała białe skrzydła należące do Evening, jednak widok zniknął z jej pola widzenia w ułamku sekundy. Wtedy poczuła, że coś ociera się o jej prawą nogę. Spojrzała w dół i ujrzała małego, rudego kotka. Przyklękła na moment, lecz nie zrobiła tego gwałtownie, aby nie przestraszyć kotka.
- Cześć mały. - powiedziała wyciągając dłoń, aby go pogłaskać. Najpierw po grzbiecie, a następnie po pyszczku. - Jesteś sam? - wiedziała, że zwierzę jej nie odpowie, jednak nie dbała o to wcale. Tak samo "rozmawiała" ze swoimi chowańcami, wilkiem oraz taru, wtedy zdawało jej się, że one ją rozumiały na swój sposób. Z kotem mogło być podobnie.
Patty:
- Skoro stawiasz. Polej zatem - odparła anielica z wesołym uśmiechem i dosiadła się do marszałka, po czym poczęstowała się papierosem. Przytknęła go do ust i spojrzała na czubek, zezując lekko. Drobna znajomość magii ognia pozwalała jej na tyle i ułamek sekundy później papieros zapłonął, po czym przygasł i żarzył się tylko, wystarczająco by cieszyć się smakiem tytoniu. Anielica zaciągnęła się mocno i po chwili wypuściła z płuc kłąb miodowego dymu, po czym wiedziona ciekawością sięgnęła po miecz Marduka, oparty do tej pory o stół. Na głowicy dostrzegła inskrypcję, ewidentnie po dracońsku, ciężko pomylić te koślawe jaszczurze bohomazy - Xu, Grashiz Ipish, Zartat? Z łaski Zartata? Ładnie - powiedziała i zaciągnęła się.
Marduk Draven:
Kot odpowiedział Armin miauczeniem. Wstał na tylne łapki, przednimi oparł się o nią i miauczał głośniej i głośniej. A potem poszedł gdzieś w jakiś zaułek, dalej miaucząc. Jakby wołał kobietę
Tymczasem Marduk skinął na gospodarza. Ten podał dwa kufle i garniec miodu. Marduk zapalił swój papieros normalnie, zapałką. Zwrócił uwagę na zaciekawienie anielicy jego bronią. Niewiele osób miało kontakt z mieczem i żyło. Patty była jedną z tych osób, Marduk ufał jej. Jak nie ufać anielicy samego Zartata. Czarnowłosy uśmiechnął się. Polał słodkiego napitku, jakim był półtorak. Pociągnął za pochwę, ujawniając czarne, lecz piękne ostrze, z kolejną inskrypcją, która mówiła: "Nie mi, Panie, nie mi, lecz Twemu imieniu chwała".
– Jedno muszę przyznać – przemówił, puszczając kółko z miodowego dymu. – Funeris może i jest zadufanym w sobie bufonem, któremu pióra uderzyły do głowy, ale zna się na fachu kowalskim. Inskrypcje to mój pomysł. – pociągnął z kufla i ostrożnie wziął pistolet Patty. Przyjrzał mu się i szybko odłożył. Popatrzył potem na anielicę. Na jej jasne włosy, oczy, na całą twarz.– Hmm, jakaś taka zbyt krasnoludzka ta broń jak na Ciebie – rzekł i uśmiechnął się. – Ale nie mi oceniać. Ważne, że Tobie się wygodnie tym walczy. Ja nigdy nie mogłem się przekonać. Wolę miecz, bliskość wroga, czucie każdego cięcia jakie zadaję, gdy miecz rozrywa pancerze, skórę, mięso oraz kości. Jak chłodny metal odbiera życie...
Ten ktoś miał delikatne i kobiece dłonie. Złapał Emericka i zaczął gdzieś pośpiesznie prowadzić.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej