Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Na rozprostowanie kości
Marduk Draven:
– Jesteś ostatnią osobą, jakiej się tu spodziewałem – rzucił do Emericka. Popił słodkiego, czerwonego wina. Emerickowi szybko zrobiono miejsce gdzieś między osobami "ważnymi" a bękartami Rashera, Nawaarem i Samirem. Przyniesiono mu krzesło, talerze, sztućce i kielich. Draven westchnął, jakby był zmęczony, albo znudzony. – Znowu muszę to opowiadać, co nie? – powiedział, rozglądając się po zebranych.– Chyba, że ktoś wprowadzi w szczegóły naszego gościa...
Armin:
Kobieta błąkała po ulicach miasta, bez większego celu. Twarz zakrywała czarno-biała arafatka, a jej kruczoczarne włosy falowały pod wpływem podmuchu powietrza. Od ostatniego zlecenia minął dłuższy czas, chociaż nie wiedziała dokładnie ile, nie liczyła go, bowiem nie miał dla niej większej wartości.
Zapięła guzik w płaszczu, który okrywał blizny na jej plecach - pamiątkach po spotkaniu najwidoczniej znanego jej krasnoluda. Wiedziała, że był jej bliski, lecz nie chciała tego przyjąć do swojej świadomości.
W jej umyśle ciągle wirowało jedno słowo, a raczej imię - Evening. Ciemnoskóra czuła, że to imię nie jest jej obce, wręcz przeciwnie. Podświadomie myślała, że łączyła ją z nią więź na kształt przyjacielskiej. Nie dawało jej to spokoju, musiała się przekonać, czy tak właśnie było.
Przechodząc koło jednego z domów zatrzymała się. Po chwili przypomniało jej się obwieszczenie, że marszałek koronny poszukuje grupy śmiałków do niebezpiecznej misji. Maurenka westchnęła i skierowała się w stronę drzwi. Nie miała nic do stracenia, więc weszła do środka.
Kierowała się w stronę, z której dochodziły odgłosy rozmowy, jak prosto było wywnioskować - w pomieszczeniu znajdowało się dosyć sporo osób. Kobieta dawno nie miała styczności z takim tłumem ludzi.
Rozejrzała się i stanęła z boku, czekając na rozwinięcie wypowiedzi o szczegółach misji.
Egbert:
Egbert nie należał do ludzi najcierpliwszych, dlatego cała ta sytuacja zaczynała go już trochę męczyć. Porwał ze stołu następny kawał mięsa, po raz kolejny potrącając łokciem Ashoga. Ta dyskusja nie miała sensu. Jeśli nie mogą zaatakować lisza, to po co w ogóle tutaj przyjechali? Pewnie należałoby teraz wstrzymać się z natarciem do czasu aż zdobędą więcej informacji, co do tego większość się zgadzała. W międzyczasie zaś trzeba by podjąć jakieś działania mające na celu przyhamowanie przeciwnika. Zrobić coś, co by spowolniło realizację jego planów, a najlepiej uwięziło go w twierdzy.
-Możne ściągniemy więcej ludzi i zaczniemy oblężenie? Uwięzimy lisza w jego siedzibie, tak by nie porwał już nikogo więcej. Będziemy go trzymać w szachu dopóki nie poznamy lokalizacji serca.
Może i Egbert siedział na końcu sali, ale głoś miał wystarczająco donośny by usłyszeli go wszyscy. Nie musiał go nawet specjalnie podnosić. Bękart wiedział, że zdobycie zaopatrzenia nie będzie dla oblegających żadnym problemem. Byli przecież w środku swojego królestwa. Ich armia mogłaby więc obozować dookoła leża nekromanty miesiącami, albo i latami jeśli będzie trzeba.
-Jako mag, nasz główny wróg mógłby uciec teleportem, ale zostawiłby nam wtedy wszystko co do tej pory zbudował i musiałby zaczynać od zera. Poza tym, może udałoby się jakoś zablokować mu drogę ucieczki, gdybyśmy zgromadzili wystarczającą ilość czerwonej rudy.
Co do tego ostatniego, najemnik nie miał pojęcia czy jest to możliwe, ale nie zaszkodziło podsunąć reszcie takiego pomysłu.
Marduk Draven:
– Oblężenie go nie zmieni tego, że ludzie i tak będą znikać. Po wyspie przetaczają się jego bandy siepaczy i uczniów, jak ta w Bogdańcu. Może nawet większe. Patty, według Twojego raportu, to ty znalazłaś takie jedno miejsce, w którym przetrzymywali porwanych, tak? – przemówił Marduk, pod koniec kierując się do Patricii. – I choć sam pomysł oblężenia nie jest zły, to jest on niezwykle trudny do wykonania w dżungli. – wyjaśnił. Marduk zauważył też nowo-przybyłą.
– O. Witamy! Czego tu poszukujesz, panno...?
Zaidaan:
Emerick praktycznie nie wiedział o czym obraduje tutejsza kompania, tylko co jakiś czas ktoś wspomina o magu czy innym lisie, o jakimś sercu i siepaczach. Postanowił na chwilę obecną się nie wypowiadać, dlatego usta zajął winem, bo nic mocniejszego tutaj nie było, bo głowa Marduka by nie wytrzymała takiego trunku, oraz mięsiwem, które, musiał przyznać, było całkiem niezłe. Wreszcie rozmowa przeszła do kwestii oblężenia i dżungli.
- Nie byłby trudny, gdyby zamiast budować miasta w środku dżungli, zaczynało się wpierw karczować tę dżunglę i wprowadzać tu trochę cywilizacji, a nie samą religię.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej