Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Na rozprostowanie kości

<< < (46/233) > >>

Evening Antarii:
-Takie uroki bycia nastolatką, szuka się idoli- zarumieniła się, nie wiedząc czemu, ale poczuła, że jej policzki zrobiły się gorące. -A ty mi zaimponowałeś w tamtym czasie. Co do bycia anielicą - też bym się tego nie spodziewała, ale za żadne skarby bym nie uciekła z wyspy. Gdybym jeszcze miała wybierać, to zrobiłabym to samo. Bractwo jest jak rodzina - Eve była pewna tego co mówi. Chyba raz na jakiś czas dobrze spojrzeć na swoje życie z perspektywy. -A co do królowej... Daleko szukać nie musisz. Na mojej głowie korona na sto procent będzie leżeć idealnie!

Melkior Tacticus:
Melkior nie słuchał rozmów, ale do jego uszu dotarło coś o życiu i przemyśleniach. Elf niestety nie miał co przemyśleć. Jego życie to w większości naprawianie błędów Aragorna, przez niego wylądował w kanałach Atusel. Były one i tak lepsze od Podgrodzia... Jasne, gdy staremu nie odbiło został wysłany siłą do Bractwa, ale nie posłuchał ojca. Osoby która w sumie  była mu obca. Teraz, gdyby tam został, byłby może i aniołem. Ale to nie jego bajka, nie bardzo widziała mu się konieczność oddawania czci martwemu bogu. No i on dobrze wiedział że ich zaklęcia to zwykła magia. Jego życie jako najemnika było znośne, nie musiał już tego robić, odkąd miał ziemie i posade Podskarbiego. Komandor po prostu to lubił, czasem aż za bardzo. Acz chętnie zająłby się czymś ambitniejszym niż machanie mieczem.

Marduk Draven:
Marduk przewrócił oczami, gdy Evening i Drago drażnili się i żartowali. Rzecz jasna, nie było tego widać, gdyż miał na głowie swój charakterystyczny hełm z maską i dodatkowo kaptury na nim. Milczał. Nie miał humoru. W sumie, to często go nie miał. Nie okazywał tego. Milczał jak grób, albo posąg.
Podróż trwała tak kilka ładnych dni. W końcu drużynie udało się dotrzeć do tropikalnych terenów. W dżungli było znacznie cieplej i przyjemniej, choć oświetlenie hemis dodawało nieco mrocznej atmosfery. Trakt prowadził do wsi Bogdaniec. Ktoś nim biegł, jakby na spotkanie kompanii.

Kazmir MacBrewmann:
Może Marduk miał hemoroidy? I dlatego był taki sztywny, jakby miał kij w dupie. Albo właśnie hemoroidy. Krasnolud tego nie mógł wiedzieć, ani nawet znać myśli rycerza. Kapral myślał teraz o butelczynie żytniej, takiej chłodnej z piwniczki... A teraz ktoś do nich biegł.

Evening Antarii:
Podróż mijała dziewczynie szybko. Zwłaszcza w tak doborowym towarzystwie. Im dalej na południe, tym robiło się ciepło. Ciepło i ciemno, do tego bujanie w siodle było tak usypiające... Eve ocknęła się, gdy zorientowała się, iż trakt nie jest pusty. Nadal była wyczulona na nagłe zmiany w otoczeniu. W podróży rzadko można było naprawdę odpocząć. Zawsze trzeba zachować czujność. Antarii, z racji tego, że jechała na przodzie, zauważyła biegnącą istotę w ich kierunku. -Hej!- krzyknęła do swych towarzyszy. -Zwolnijcie. Ktoś biegnie w naszą stronę- dała znać reszcie. Sama popędziła konia kilkanaście metrów do przodu, by znaleźć się między biegnącą postacią a podróżnymi ze stolicy. Zatrzymała gwałtownie zaniepokojonego Caledusa. Wierzchowiec wierzgnął i ciężko było go utrzymać w ryzach. Mocniejsze szarpnięcie lejcami jednak wystarczyło. Anielica znalazła się bliżej nieznajomego.
-Dokąd tak pędzisz?- krzyknęła do niego z konia, obserwując dokładnie.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej