Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Na rozprostowanie kości

<< < (22/233) > >>

Nawaar:
Nawaar wziął swoją włócznię, pozostawioną przy drzwiach domostwa. Spojrzał dookoła jak pakują się najemnicy na swoje wozy. Ciemnoskóry natomiast wolał jechać swoim wierzchowcem dla swojej wygody, zatem wsiadł na swojego białego rumaka, który oczekiwał na niego, po paru chwilach był gotowy do opuszczenia stolicy i wjazdu na nieznane ścieżki, by bić sługusów "mrocznego pana" i jego samego również.

Marduk Draven:
Marduk z kolei podszedł do swojej opancerzonej i okrytej białym tabardem z wizerunkami czarnych lwów. Pomimo kilkunastu kilogramów stali na swojej, zgrabnie przerzucił nogę przez siodło i dosiadł rycerskiego rumaka. Usadowił się wygodniej na siodle i sprawdził juki i to, co miał zawieszone przy nich. Były tam dwa rodzaje młotów - żelazny oraz z czarnej rudy, srebrny, imponująco wyglądający miecz, kusza z dwoma zestawami bełtów i zestaw medyka. Gdy upewnił się, że ma wszystko, co potrzebne, zwrócił się w stronę pakującej się na wozy i dosiadającej konie kompanii.
– Wozy jadą po środku. Nawaar i Torstein osłaniają tyły. Evening, Merith i ja na przodzie – zarządził, ruszając opancerzoną klaczą z miejsca.

Kazmir MacBrewmann:
I znowu w drodze. Pomyślał krasnolud, trzasnął lejcami zmuszając konie do ruchu. Furgon powoli ruszył brukowaną ulicą miasta. Jadąc za opancerzonym rumakiem Marszałka. Papuga Kazmira siedziała na jego ramieniu wtulona w gęste i długie kudły brodacza. Sam brodacz zaś zapalił swoją fajkę.

Marduk Draven:
//Mały update, bo mam sklerozę.

Pogoda tego dnia była spokojna. Śnieg nie padał, zamiast tego leżał leniwie na dachach, po bokach ulic, na drzewach czy też na pozostałościach ogrodów. Wiatru niemal nie było, w dodatku nie było wcale tak zimno. Panował półmrok, jak to w Hemis. Kompania zaś jechała ulicami miasta, ku zachodniej bramie. Na ulicach było niemal pusto. Prawie nikogo nie było o tak wczesnej porze na ulicach Efehidonu.

//Temperatura powietrza to 2 stopnie.

Egbert:
Kierując się radą krasnoluda, Egbert wskoczył na wóz i rozsiadł się wygodnie. Cała drużyna ruszyła niespiesznie uliczkami miasta. Korków nie było, pogoda dopisywała, także póki co cała operacja przebiegała bez przeszkód. Ani się obejrzą a wjadą na wylotówkę, potem tylko przejażdżka pod bramą, krótka wycieczka przez podgrodzie i zacznie się właściwa podróż. Chociaż nikt nie spodziewał się zagrożenia, to jadąc na wozie z taką doborową kompanią Egbert czuł się jak członek obstawy jakiegoś konwoju. Mimochodem obserwował dachy szukając tam nieistniejących zabójców i próbował dopatrzeć się jakiegoś ruchu w ciemnych zaułkach pomiędzy ścianami domostw. Zboczenie zawodowe.
-Kapralu, daj znać jakbyś chciał się zamienić miejscami. Kawałek będziemy jechać.
Powiedział najemnik, bo mniej więcej orientował się gdzie leży valfdeńska dżungla, chociaż sam nigdy tam nie był. Swoją drogą ciekawiło go, czy to prawda co mówią o tamtejszej faunie. Że niby żyją tam komary takie wielkie, że dorosłego mężczyznę potrafią wyssać do ostatniej kropli!
-Może niedługo zobaczę to gówno na własne oczy.-Pomyślał rudobrody, chociaż wcale nie miał na takie spotkanie ochoty. Po cichu liczył na jakichś bardziej przewidywalnych przeciwników. Ot, jakieś szkielety, zombi, czy najemnicy w służbie maga. Stara dobra klasyka.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej