Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Na rozprostowanie kości

<< < (204/233) > >>

Samir:
-Decebal to dobry koń. Wiem ze nic nie zastąpi własnego wierzchowca, ale jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba. Czy jakoś tak - powiedział do Nawaara i sam wskoczył na siodło zbrojnego w ladry wierzchowca. Nigdy wcześniej nie prowadził takiego rumaka, był dużo potężniejszy i mocniejszy od typowego konia. Z pewnością w całej tej zbroi nie mógł rozwinąć zawrotnych prędkości, za to jak już ruszył do szarży... Samir spodziewał się że mało co było w stanie takiego konia powstrzymać - To co, anielice poleciały, czas zatem i nam ruszać? Komu w drogę temu ślimak podaj łapę... Czy jakoś tak.

Nawaar:
- Wiesz poszedłbym piechotą gdybym miał z tobą na jednym koniu jechać. Uśmiechnął się dziwnie, gdy wyobraził sobie siedzących dwóch maurenów na jednym koniu. W teorii źle to wyglądało a co dopiero w rzeczywistości. Teraz każdy dzięki hojności Patty, mógł jechać w dobrych warunkach i na spokojnie, zmierzyć się z wrogiem w znacznie gorszych warunkach oraz ze znaczącą przewagą liczebną przeciwnika.

Armin:
Marduk zaoferował wspólną jazdę na wierzchowcu. Cóż za dżentelmen.
- Wiesz, trudno by było zabrać ze sobą mojego wierzchowcu, którego nie posiadam. - zaśmiała się krótko. Mężczyzna wsiadł już na swojego konia, zatem z jego pomocą maurenka także znalazła się na rumaku. Usiadła za Dravenem, przez co w trakcie jazdy będzie musiała się go trzymać, by nie spaść.
- E tam, przesadzasz Nawaar. - skomentowała jego wypowiedź. - Może w ten sposób zacieśnilibyście swoją znajomość. - spojrzała z ironicznym uśmieszkiem w stronę ciemnoskórych.

Marduk Draven:
Dżentelmeńsko dżentelmeński dżentelmen pomógł kobiecie wsiąść na grzbiet jego karej, opancerzonej klaczy, która zarżała czując na grzbiecie kogoś innego niż swego pana. Marduk ją jednak szybko uspokoił. Marduk odwrócił się głową w stronę Armin.
– Tylko mi zbroi nie porysuj! – zażartował, po czym spiął konia do ruchu.
Ten jak przedłużenie jego nóg i duszy ruszył, najpierw z wolna, stopniowo rozpędzając się.

Evening Antarii:
Antarii wzleciała w powietrze zaraz za Patty. Sprawdziła jeszcze, czy przy pasie ma przypiętą miksturę. Była na swoim miejscu. Krople deszczu spływały gładko po piórach, ale deszcz i tak nie sprzyja przyjemnym lotom. Jej koń nadal był przywiązany do królewskiego Maximusa. CHYBA był bezpieczny.
-Patty, wznieśmy się wysoko, aby ci robotnicy nie mogli podejrzewać, że zbliżają się anielice, namierzmy tą kopalnie, potem wypijmy mikstury. Obniżymy lot i zaplanujemy atak. Co ty na to/?- zaproponowała Eve, gdy zbliżyła się do swej czarnoskrzydłej siostry z Bractwa.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej