Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Dragosani:
- Heh... - Drago parsknął na wspomnienie dywanu. To zabawne, że Evening wciąż go pamiętała. Znajdował się obecnie w pałacu, w jednym z prywatnych pokoi Draga. Król uznał, że użycie go do wystroju sali tronowej mogłoby być nierozważne.
- Bierz - powiedział do Funerisa. - Ale sam będziesz to niósł. I jeśli zasmrodzisz mi statek gnijącym demonicznym ścierwem, to wywalę to za burtę - dodał jednak swoje wątpliwości co do praktyczności tego pomysłu.
- Zbierajmy się więc. Do Chavelier, potem do domu.
Funeris Venatio:
Anioł pochwycił głowę i ruszyli.
Dragosani:
No i wyszli. Tą samą drogą, którą zeszli w dół. Teraz trwało to krócej, nic bowiem nie niepokoiło ich. Po jakimś czasie całą trójka wypełzła na powierzchnię. Wulkan zdawał się być spokojniejszy. Wciąż dymił, lecz jakby mniej. Albo też to było tylko wrażenie.
- No to wracamy - powiedział wampir. Rozejrzał się. Nie widział nigdzie J'kara ani Krecika. - Zabierzemy konie i Krecika. Młody będzie miał co opowiadać w Chevalier.
Funeris Venatio:
Trochę mu zajęło, zanim odnalazł naprawdę wygodny sposób, by uchwycić wielką głowę białego demona. Należało chwycić pomiędzy dwoma parami rogów. Tam, jak się okazało, demon miał kilka kostnych wypustków, w które można było włożyć palce, nawet tak grube jak te Funerisa okute szarą rudą. Anioł miał więc jakiś punkt podparcia masy przedmiotu, by nie musieć obejmować jej całkowicie w obwodzie. Na szczęście walczyć z widmami i szkieletami już nie musieli.
Wyszli na powierzchnię, a Funeris z wielką przyjemnością odetchnął świeższym powietrzem. Lekki wiatr smagnął jego lico, wdarł się zimnym strumieniem prosto w płuca. Wojownik Pana ÂŚwiatła czuł, że jednak na pewno żyje, że to nie są tylko przedśmiertne halucynacje. Tego uczucia nie dało się podrobić.
- Założę się, że przejaskrawi połowę tego, co widział. A do tego, co mu po drodze opowiemy, doda co najmniej druie tyle! - pozwolił sobie na lekki przytyk, kierując się z ferajną w stronę, gdzie ostatni raz zostawili młodego rekruta Bractwa i ślepego kunanina.
Dragosani:
- Tak, jeśli czegoś się od nas nauczył - zaśmiał się Drago. Szli przez stok wulkanu. Powietrze się zmieniało. Zawiewał lekki wiatr od północy. Od strony morza. Dragosani rozglądał się czujnie.
- Nie widzę cieni i zjaw - zakomunikował. - Musiało być to powiązane z problemem Aralaka. - Dotarli w końcu do koni. Zwierzęta co ciekawe wciąż tam były. Może dlatego, że siedział przy nich J'kar i grał im na flecie.
- Udało wam się - powiedział na powitanie, wstając z głazu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej