Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Skrzydła i szpon

<< < (62/76) > >>

Evening Antarii:
Eve wybrała plac treningowy jako miejsce swojego lądowania. Wzbudziła odrobinę zainteresowania wśród kilku rekrutów ćwiczących walkę mieczem. Postanowiła ich zagadać, gdyż po długim locie wolała nie marnować sił na chodzenie po siedzibie i szukanie kogoś "ważniejszego".
-Hej! Czy któryś z was mógłby zorientować się od kogo mogę pożyczyć żelazny miecz?- wolała więcej nie dodawać, by się nie kompromitować. -Pilna sprawa...

Dragosani:
Na placu było kilku rekrutów. Trenowali walkę mieczem i tarczą. A doglądał ich ktoś, kto był chyba trenerem. Chociaż tak naprawdę był niewiele starszy od nich.
- Ee... - odpowiedział najbliższy rekrut.
- Yy... - dodał od siebie "nauczyciel". Jednak on tez najszybciej doszedł do siebie. - Miecz! - zawołał. - ÂŻelazny miecz! A po co? Znaczy... - Chwycił za własną broń. Odpiął pochwę z mieczem od pasa. - Znaczy ja mogę... ale proszę, znaczy... to miecz po moim ojcu... - Chyba nie bardzo wiedział jak powiedzieć wojowniczce Zartata, że oczekuje jego zwrotu. No ale też nie bardzo mógł odmówić.


Nazwa broni: Ojcowski miecz
Rodzaj: miecz
Typ: jednoręczny
Ostrość: 20
Wytrzymałość: 25
Opis: Wykuty z 1,35 kg żelaza o zasięgu 0,8 metra.

// Pamiętaj, aby dodać to do ekwipunku.


Evening Antarii:
-Proszę nie być takim wścibskim!- oburzyła się teatralnie Eve, gdy usłyszała pytanie " a po co". Na szczęście trener szybko się zreflektował i dał dziewczynie to, o co jej chodziło. -Proszę się nie martwić, dostarczę miecz najszybciej jak się da. Rozumiem, że to cenna pamiątka- zapewniała go anielica, przypinając sobie broń. -Dobrze wam idzie. Trenujcie dalej- zachęciła wszystkich obecnych do ciężkiej pracy. Wszak któryś z tych chłopaków na pewno będzie w przyszłości tworzył elitarne jednostki Bractwa. Po tych słowach ponownie wzbiła się w powietrze i leciała w stronę wulkanu Aralak do miejsca, gdzie zostawiła Krecika.

Dragosani:
Pierwszymi słowami, którymi Evening odpowiedziała na wypowiedź trenera anielica zaskarbiła sobie zapewne plotki w całej twierdzy. Taka jest już ludzka natura. A co mogło to obchodzić wysłanniczkę boga?
Wzbiła się więc w powietrze, aby wrócić na stok wulkanu. Tym razem podróż zdawała się trwać krócej... ale skrzydła zaczynały boleć od wysiłku. Może jakieś zaklęcie odegnałoby zmęczenie? Evening znalazła jaskinię pryz której przedtem stoczyła walkę. Lecz widma nie było. Podobnie jak ciała Krecika. Był tylko pył i wiatr. Nagle Evening dostrzegła jakaś postać siedząca na pobliskim głazie. Był to kunanin. Obok o głaz oparty był długi drewniany kij. Kot milczał i siedział tak tylko nudząc coś pod kocimi wąsami.

Funeris Venatio:
- Dlaczego miałbym kłamać? – zapytał, biorąc ze stołu miskę. Z wielkim smutkiem skonstatował, że nie ma ani smalcu, ani skwarek, a drewniana łyżka brzęczy pośrodku otwartej, pustej przestrzeni. Odłożył więc niesmacznie kawałek urwanego chleba, rozejrzał się wokół, jakby szukając ratunku. Postać naprzeciwko z obleśnym uśmiechem mówiącym "ja zjadłem ostatki" kręciła głową, chcąc wyraźnie dać do zrozumienia archaniołowi, że na ma co szukać po próżnicy. Funeris zaklął szpetnie pod nosem, a ktoś z prawej szturchnął go, by kontynuował. Przystawił jednocześnie kiszone ogórki, które mogły ukoić nieco strapionego wojownika. Ten tylko popatrzył na nie krytycznie, popijając ciemnego piwa i ocierając wierzchem dłoni pianę z ust.
- Nadal mi się robi gorąco, jak pomyślę o bydlaku – dodał, patrząc po kompanii. Dwójka ludzi w gambesonach, jeden skrzydlaty jegomość, elfia kobieta. Ona była przewodnikiem, oni jego podopiecznymi, towarzyszami, przyjaciółmi. Sam ubrany był w lekką kolczugę i pikowany kaftan, mając narzuconym na wierz  czerwono-złotą tunikę sięgającą poniżej pasa. Radwan na piersi dumnie skrzył się w świetle świec i palących się łuczyw. Sprawiał wrażenie medalionu, znaku runicznego chroniącego właściciela.
- Odłamki latają wszędzie, wokół pełno gruzu. Cofnąłem się dalej w stronę jaskini, nie chcąc zaraz przez przypadek wpaść do jeziora lawy...- kontynuował.
- Tak, to już wiemy – przewróciła oczami kobieta. Trąciła nożem ogórka, patrząc na niego z obrzydzeniem. Mimo iż kiszone, ich świeżość pozostawiała wiele do życzenia. Mężczyźni mieli żołądki z czarnej rudy, ona tylko stalowy. I była wybredna.
- A, tak - odpowiedział. - I drą się wtedy, jeden z drugim: Anioł! Egzorcysta! – modulował głos, chcąc upodobnić się do dudniącego, chrapiącego ryku białego demona. - A ja naprawdę, bez ściemy, nie usłyszałem pierwszego słowa, bo te kamulce się jeszcze walały wszędzie wokół, odbijając się z hukiem po podłodze. I już chciałem wrzasnąć z oburzeniem, że żaden ze mnie egzorcysta, niech wraca skąd przylazł, kiedy zdałem sobie sprawę, że to kurewski biały demon i czas raczej walczyć o swoje doczesne życie...

Pierwsze dostrzegł ślepia. ÂŻółto-czerwone, wściekłe, żarzące się piekielnym ogniem. Wielkie jak głowica miecza. Powoli skupiały ostrość na punkcie przed sobą, czując go również wszystkimi innymi zmysłami. Po chwili kamienna konstrukcja złamała się u góry, uwalniając głowę z czterema potężnymi rogami. Dwa biegły prostopadle w tył, pozostałe dwa zakręcały w górę, by położyć się równolegle do posadzki. Anioł postąpił krok w prawo i w tył, chcąc wyminąć wyłaniającego się powoli przeciwnika i znaleźć się jak najdalej od jeziora lawy, które miał w bezpośredniej bliskości. Miecz trzymał wysoko w gardzie, nie mogąc na razie nawet myśleć o zaatakowaniu otulonego kamieniem demona. Wykorzystał więc kilka krótkich chwil, które zajęło mu oswobodzenie się z pęt, by przygotować się do starcia. Runy u podstawy szalały pulsującym blaskiem, gdy bestia rozrywała okowy, uzyskując szybko pełnię ruchu. Wojownik Zartata czuł żar bijący od demona, przebijający się nawet przez ogarniające wokół ciepło wnętrza wulkanu.
- Anioł! – ryknął przeciągle, dziwnie artykułując głoski, nie będąc przystosowanym zbytnio do wypowiadania słów w taki sposób i w tym języku. Nienaturalne ułożenie demonicznego języka, tchawicy i strun głosowych.
Funeris cofnął się, desperacko próbując sobie przypomnieć, gdzie znajdowały się te dziury w posadzce, które omijał i na które zwracał uwagę, gdy jeszcze łańcuch był cały. Miał sporą pewność co do tego, że najbliższa była kilka metrów za nim, jakby trochę w lewo. Postąpił więc pewnie następny krok w tył i jeszcze jeden, dając sobie odrobinę przestrzeni.
Demon był wielki, a do tego w jednej chwili cały zapłonął blado-czerwonym ogniem. ÂŻar uderzył anioła w twarz niczym stalową rękawicą, mimo iż to on był jedynym, który posiadał okute dłonie. Bestia miała pewnie ze trzy metry wysokości, w barach będąc tak szeroką, jak on długi. Masywne, zakończone szponami ramiona, dosięgały go zdecydowanie szybciej, niż on mógł dosięgnąć swojego adwersarza. To umysł miał być największą bronią Funerisa w tym starciu, nie jego miecz czy jego magia. To dzięki sprytowi i rozwadze miał wyprowadzić swojego przeciwnika w pole, obrócić jego zalety na jego niekorzyść i wyjść z tej walki żywym.

- Serio, jak młotem. Złączył je u góry i huknął, jakby wbijał jakiś pal pod namiot czy pod płot.
Właśnie doniesiono dzban z piwem, ale karczmarz przepraszał uniżenie, że nie ma więcej tego smalcu ze skwarami, bo wczoraj był pan bajlif z wójtem. Popili podobno nieźle, opróżnili spiżarnię, jak się tłumaczył, a i nawet zapłacić nie chcieli, tłumacząc wszystko jakimiś ważnymi urzędowymi sprawami, których biedny oberżysta w ogóle nie zrozumiał. Drugi anioł uspokoił go ruchem dłoni, by przestał się tłumaczyć, że nic się nie stało. Wręczył człowiekowi trzy srebrne monety za piwo i poprosił o nieco więcej chleba, trochę suszonej kiełbasy, jeżeli jakaś się ostała i zapytał o stan gulaszu. Na palenisku, bezpośrednio przed skrzydlatym jegomościem, gotowała się potrawka. Widział wyraźnie bulgoczący kociołek, w środku zioła, wieprzowe mięso z ubitego z rana prosiaka i trochę warzyw. Wyjdzie pewnie lura, ale może nawet i smaczna. Widział wcześniej, jak mężczyzna zagęszczał wszystko białym puchem mąki, krzywiąc się nieco, samemu nie będąc fanem przypalonej, sproszkowanej pszenicy.
Karczmarz dodał, że znajdzie jeszcze nieco żółtego sera, a pewnie i kozi się ostał. Wojownik w czarnej tunice, milczący przez większość wieczora, wyraził zainteresowanie tym ostatnim, uniżenie i z nieco przesadną grzecznością prosząc o odrobinę tegoż, jak to sam ujął, miejscowego specjału. Znany był z kwiecistości języka i szybkiej ręki dzierżącej miecz.
- Prawie mnie trafił, skurwiel. O mały włos i bym był kilka cali niższy – rzucił do towarzyszy, jakby na potwierdzenie swoich słów pokazując czubek swojej głowy otwartą dłonią, potem schodząc niżej na ławie, udając fakt skurczenia się.

Odskoczył w ostatnim momencie. Biały demon wzniósł obie ręce nad dłowę i złączył je w postaci młota. Zrobił to tak szybko i zwinnie, chwilę wcześniej stając w płomieniach, że anioł ledwo dostrzegł ten ruch. Będąc cofniętym o kilka metrów miał nadzieję, że będzie miał dostatecznie dużo czasu na jakąkolwiek odpowiedź, ale w walce z demonem nie wszystko zawsze idzie po twojej myśli.
ÂŻar uderzył go w twarz, wytrącając z trzeźwego myślenia jedynie na niewielki ułamek sekundy, ale to wystarczyło, by prawie zostać zmiażdżonym przez potężne dłonie. Taki atak, gdyby tylko trafił w anioła, złamałby mu czaszkę, skruszył kręgosłup i wbił w ziemię niczym składaną harmonijkę. Poeta zerknął w swoje prawo, dosłownie dwa metry dalej, niedużo, szukając ratunku. Czuł jak mieszki włosowe podnoszą mu się do góry i zajmują ogniem w śmierdzącym pandemonium. Powietrze wokół jego głowy rozgrzewało się niesamowicie a on sam już miał tracić dech. Zniknął jednak.
ÂŁaska Zartata była z nim zawsze i wszędzie, gdziekolwiek by się nie znajdował. Zawsze i wszędzie mógł czerpać z niej niczym z koryta rzeki, nabierając jej jak źródlanej i krystalicznie czystej wody. Zaczerpnął więc i teraz, wyciągając swoją duszę po Jego emanację, szykując się do śmiercionośnej walki z bestią. Kiedyś już taką jedną zabił. Potem to nawet powtórzył, po kilku latach. Na tą też znajdzie sposób.

- Zniknąłeś? – dopytała elfia kobieta, chyba nie znając tej umiejętności skrzydlatych wojowników jednego z bóstw. Funeris nie odpowiedział, tylko spojrzał za kontuar, gdzie karczmarz nakładał kilka przedmiotów na dużą, drewnianą tacę. W jednym momencie zniknął z oczu zebranych, ku zdziwieniu jedynie elfki; wszyscy inni świetnie widzieli, co się za moment wydarzy. Więcej, każdy z nich potrafił zrobić dokładnie tak samo.

Pojawił się dwa metry dalej, słysząc po sekundzie ogłuszający huk. Wściekły demon rąbnął potężnie najpierw w pustą przestrzeń, będącą wypełnianą przez otaczające powietrze, a potem bezpośrednio w ciemną, kamienną posadzkę jaskini. Od razu, bez żadnych problemów, dostrzegł stojącego obok Funerisa, nadal trzymającego w ręku miecz. Nie czekał, co było pewne. Zaatakował.
Z niesamowitą zręcznością, niespotykaną, gdyby spojrzeć na rozmiar jego ciała, wyrzucił lewą rękę w bok. Płomienie okalające ostre pazury znaczyły wszystko wokół, otumaniając anioła swoim żarem. Ten zamarkował kontrę mieczem, poszedł na prawo, poza zasięg ciosu, nie wykonując żadnej akcji. Chciał jedynie wymusić na przeciwniku reakcję, gdy sam będzie się przemieszczał, uciekał spod ciosu, szykował się do swojej zamierzonej akcji. Lewą dłoń uniósł nad siebie, jakby strzepując coś. Szybki, oszczędny ruch. Szybkie, oszczędne słowo, które padło zaraz za nim.
- Grashiz – powiedział. W żołądku zrobiło mu się nieco cieplej. Mięśnie wyostrzył czas reakcji. Neurony kursowały jakby szybciej, przerzucając się między synapsami, transportując informacje od mózgu do kończyn i z powrotem. Poeta wiedział, że prawdziwy efekt przyjdzie za moment, gdy jego ciało przyzwyczai się i zauważy, że wszystko działa jak na nasmarowanym łożysku. ÂŁaska siły była jednym z błogosławieństw Pana Nadziei, który życzył swoim wojownikom jak najlepiej. To oni stawali przecież w pierwszej linii walki z pomiotami Otchłani. A biały, płonący bladą czerwienią demon, był jednym z najgroźniejszych pojedynczych przeciwników, jakie Otchłań miała do zaoferowania.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej