Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Evening Antarii:
-Więc musisz mnie też tam... - nie dokończyła, gdyż sekundę później chłopak krzyczał już jak opętany z bólu. Przez jej własne niedopatrzenie zjawa zaskoczyła ją. Musiała zareagować natychmiast, nie myśleć za wiele. Ta istota unosiła się w powietrzu, musiała być więc zjawą. Pojawiła się z kłębu dymu. Eve, gdyby miała tylko czas, zaklęłaby na głos, że nie wzięła ze sobą żadnej żelaznej broni. Tylko srebro, pozostałość w jej ekwipunku po częstych walkach z demonami. A na zwykłe duchy niczego nie miała. Jednak ten "duch" to nie było byle widmo. Zdążył już poparzyć Krecika, a trzymał go mackami tylko chwilę.
Anielica najszybciej jak mogła sięgnęła na plecy po tarczę. Nie chciała, by macki poparzyły także ją. Jeśli miała uratować rekruta, to najpierw sama musiała być w miarę sprawna. Chwila skupienia wzroku na przestrzeni za zjawą pozwoliła jej, dzięki boskiej mocy, przenieść się w wybrane miejsce, które widziała. Jej atomy przemieściły się momentalnie 5 metrów za zjawą. Teraz znajdowała się za plecami swego wroga. Eve schowała się za tarczą. Chciała, by zjawa puściła Krecika i nie robiła mu już krzywdy. Z drugiej strony, gdyby zaatakowała zjawę błyskiem światła w tej chwili, to również i chłopak odczuł by skutki użytego zaklęcia. Musiała go uwolnić z macek widma, zwrócić na siebie uwagę, by rekrut, choć już poraniony, mógł gdzieś się ukryć.
Anatrii skupiła w dłoni energię. Starała sie to robić naprawdę szybko, z resztą to zaklęcie nie wymagało bardzo dużych pokładów. Uznała, iż zaklęcie z żywiołu życia, choć wcale nie takie silne, powinno sprawić widmu nieco "bólu". Szybko wykrzyknęła inkantację -Izeshar! i skierowała kulę światła z jej dłoni wprost na plecy zjawy. Pocisk, pchnięty telekinezą, leciał szybko te kilka metrów. Gdy jednak znalazł się wystarczająco blisko zjawy, Eve w ostatnim momencie skierowała kulę ku górze, by nie dotknęła ona Krecika i nie zraniła go jeszcze bardziej. Nie znała przeciwnika, wolała nie ryzykować, a przypuszczała, że zjawa z dymu i pyłu jest raczej przenikalna. Pocisk esencji przeszył więc zjawę od pleców i wyleciał przez czubek głowy.
Anielica stwierdziła, że nie wyciąga nawet srebrnej broni, która nic nie da. Musi ogłuszyć zjawę czarami, a później pomyśli co zrobić dalej.
Dragosani:
Pocisk esencji nie wyrządził widmu wielkiej krzywdy. Prawdę powiedziawszy jedynie je zirytował. Rozproszył się na niematerialnym ciele zjawy, zanikając w jej popielnej formie. Widmo coś i odwróciło się, ciągnąc za sobą krzyczącego Krecika. Zrobiło coś, co poniekąd pomogło anielicy. Silne popielne macki ducha cisnęły straszliwie poparzonego Krecika w anielicę, zapewne próbując w ten sposób powalić ją na ziemię.
Evening Antarii:
Eve przeliczyła się wierząc w moc pocisku esencji. Przewidywała inne skutki jego działania. Ale cóż, musiała radzić sobie dalej. Niestety sytuacja Krecika nie ulegała poprawie. Wręcz przeciwnie. Teraz stał się narzędziem zjawy. Jego zwęglone miejscami ciało zostało rzucone w jej stronę. Eve odczuła w ręce siłę uderzenia w tarczę, zachwiała się w miejscu, jednak zdążyła postawić lewą nogę do tyłu i nie przewrócić się. Pod jej tarczą leżał nieszczęsny chłopak. Nie było innego wyboru. Eve cofnęła się o trzy kroki. Skupiła się, by zasięgnąć mocy. Tym razem musiała użyć silniejszego zaklęcia. Z jej ust wydobyły się słowa inkantacji -Izeshar upishosh!- Było w nich sporo gniewu... na siebie samą w głównej mierze. Sekundy potem mrok groty rozjaśnił błysk niebios. Słup światła padł z góry wprost na zjawę, kilkadziesiąt centymetrów od ciała Krecika. Sama zaś kucnęła na jedno kolano, chowając się za tarczą. Nie miała pojęcia, co teraz może stać się ze zjawą, a nie chciała ryzykować.
Dragosani:
- Hrrggg... - odezwał się Krecik, leżąc pod nogami Evening i wpatrując się w nią mętnymi oczami. Zjawa szykowała się do kolejnego ataku, jednak anielica ją ubiegła. Zebrałą swoją moc i wykrzyczała inkantację. Widmo zasyczało gdy moc zaklęcia zalała je blaskiem. Potem... jakby opadło w sobie. Unosiło się wciąż nad ziemią lewitując, lecz nie poruszało się. Jego macki i ręce zwisały bezwiednie. Ogniste ślepa patrzyły tępo w przestrzeń. Widmo zdawało się być obezwładnione. Przynajmniej chwilowo.
Evening Antarii:
Antarii dopiero po chwili wychyliła się zza tarczy. Zjawa została ogłuszona. Tak przynajmniej wyglądało. Niestety anielica nie wiedziała ile taki stan może potrwać. ÂŻałowała, że nie jest już tak sprawna jak dawniej w boju. Mogła pomóc Krecikowi używając zaklęcia ochronny balsam, ale teraz już za późno. Eve rzuciła tarczę i rzuciła się w stronę leżącego chłopaka. Z przerażeniem w oczach oglądała jego rany. Miejscami odzienie stopiło się ze skórą. Myślała nad tym, jak mu pomóc, niestety swego czasu zaniedbała naukę chociażby pierwszej pomocy.
-Słyszysz mnie!?- spróbowała sprawdzić, czy jest w ogóle świadomy, co się stało. Krecik padł ofiarą jej braku trzeźwego myślenia... Strasznie jej było przykro z tego powodu, bo jej zadaniem było ratowanie życia ludzkiego. Nie chciała, by umierał. Nie tak to ma wyglądać. Postanowiła dać mu jednak wybór. -Mrugnij oczami dwa razy jeśli chcesz, bym zaniosła cię do miasta, by tam ci pomogli. Niestety ja nie wiem co mam robić, to nie wygląda dobrze... Jeśli chcesz po prostu...- tu zastanowiła się nad odpowiednim doborem słów.- hmm... zasnąć, to mrugnij raz- przez moment Eve zastanawiała się, czy to niezbyt skomplikowane zadanie w tak dramatycznej sytuacji.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej