Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Skrzydła i szpon

<< < (50/76) > >>

Funeris Venatio:
- Drago! - warknął w przestrzeń. Potrzebował kogoś, kto mu teraz tam podleci na górę i rozwiąże linę. Dla pewności spróbował poruszyć nią kilkukrotnie, sprawdzając, czy może coś się nie poluźni i sama nie spadnie, co byłoby bardzo, bardzo przydatne. Odpuścił sobie jednak po chwili, nie wiedząc, czy przyniosło to efekt, odwracając się w stronę groty. Odetchnął głębiej, czując nieco większą rześkość powietrza, co mogło zdawać się nieco paradoksalne w środku wulkanu. Przestrzenność powietrza i jego cyrkulacji, nawet w minimalnym stopniu, dawała jednak spore, wyczuwalne bonusy. Anioł postąpił kilka kroków i przyjrzał się znaleziskom na skalnej posadzce. Zastanawiał się, czy nie były to kości dracońskie - szukał ewidentnych podłużnych czaszek odpowiedniej wielkości, kości skrzydeł, które były napompowane specjalnym gazem, które zapewne już uleciał, ale zawsze zostawiał charakterystyczne otworki w wysychającym materiale kostnym.

Dragosani:
Dragosani wyszedł po drugiej stronie kawerny. Widocznie przeleciał przez grotę, aby zbadać co jest po drugiej stronie. Pomachał do anioła. W milczeniu. Anioł zaś obserwował kości. I czuł się coraz mniej pewnie. Ten charakterystyczny dreszcz na karku. Rozpoznał kości. Bez wątpienia były one dracońskie. I wtedy jeden ze szkieletów poruszył się... a potem drugi, trzeci, czwarty... Kości zaczęły podnosić się, będąc w mocy pradawnej magii. Po chwili Funerisa od Dragosaniego oddzielała grupa dracońkich szkieletów. Chodzących w parodii życia i niebezpiecznych. Było ich dziesięć. Jednak na ziemi były jeszcze kości, więc ostateczne liczba nieumarłych nie była przesądzona. Anioł dostrzegł jak wampir wyciąga swoją nową szablę i przygotowuje się do walki.

10x Szkielet dracona

Funeris Venatio:
//Muszę podliczyć swoje inkantacje i finiszery: 3x miecz, 3x sztylet, 3x kiścień (został na koniu), +1 finiszer z Ezoteryki, +1 inkantacja z Potencjału, +2 z Koncentracji = 7 finiszerów i 3 inkantacje.//

- Ach... - jęknął, oglądając kości. Jeszcze zanim poczuł mrowienie na karku i u palców stóp, wiedział co zaraz się wydarzy. Postąpił krok w tył, wyciągając z pochwy miecz. Metal brzęknął o skuwkę, niosąc się tępym echem po jaskini. Czarne ostrze świsnęło przez powietrze, pewnie leżąc rękojeścią w dłoni anioła. Ostre jak brzytwa. Wyważone. Pewne. Głodne.
Kula światła nad głową Poety rozjaśniała teren wokół, wojownik widział wyraźnie najbliższe kości i kosteczki, zmurszałe miednice i podłużne czaszki. Kolczaste skrzydła i chude, nieobleczone ciałem nogi. Mimowolnie sięgnął w głąb siebie, nie sterując tym procesem nawet jedną myślą. Dobrze wiedział, że łaska wypełnia jego trzewia, kłębi się w nim i przelewa niczym pomiędzy naczyniami. Nie trudno było chwycić jej kawałek, wyciągnąć na zewnątrz, uformować. Anioł słyszał w skroniach pulsującą krew, gdy świat wyostrzył się i zwolnił. Uwielbiał ten moment. W lewej dłoni, tej wolnej, gdzie nie trzymał broni, przez moment trzymał niewielką kulkę bladego światła. Mleczny, nieco stłumiony blask kłębił się i kotłował, niczym szalejąca burza w szklance wody. Funeris niemalże strzepnął na siebie ten blask, wypowiadając przy tym na głos słowo: - Grashiz. - ÂŁaska siły zaczęła rozlewać się po jego ciele i już za chwilę, za moment, powinna dać mu większą siłę w walce. Rzuciłby jedną na Dragosaniego, ale w ogóle go nie widział. Kula światła miała ograniczony zasięg, nie dało dzięki niej widzieć na kilkadziesiąt metrów.
Tymczasem pierwsze szkielety zdążyły zmaterializować się przed nim, obracając się jak jeden mąż w jego stronę. Poeta przeszedł krok w lewo, jeszcze jeden i następny. Wyciągnął przed siebie lewą dłoń, tę, którą jeszcze przed momentem rzucał na siebie zaklęcie. Znowu pobrał nieco z tego wartkiego prądu płynącego w jego wnętrzu, ponownie materializując wszystko pomiędzy palcami, rzeźbiąc niewielką kulkę, pocisk. W jego umyśle przez moment pojawił się krótki, urwany obraz. Błękitne niebo, zielona równina, a w oddali potężne, piękne, chociaż brudne i skażone miasto. Czuł szczęście, widząc swój dom, gdzie spędził prawdopodobnie najlepsze lata swojego życia, te lata ostatnie. Otoczony przyjaciółmi i życzliwymi mu istotami. Z wiernymi towarzyszami i tymi, którzy mu tylko usługiwali. Widział swój dom, Efehidon, do którego wracał po latach spędzonych w innych wymiarach i światach. Widział spokój. I to szczęście, ten spokój i tę przyjaźń, która biła z tego pojedynczego, urwanego obrazu, przelał w matrycę zaklęcia. Przekształcił kłębek esencji magicznej w tej esencji pocisk, który spopielał i rwał narządy. Który torował drogę i przynosił wieczny odpoczynek.
- Izeshar - wyrwało się z jego gardła, a kula światła rozbłysła nieco mocniej, dając znać, że gotowa. Funeris pchnął ją telekinezą przed siebie, jako że świetnie wchodziła w interakcję z siłami na nią działającymi. Mknęła przez oświetloną słabo jaskinię, pokonując kolejne centymetry i cale, zbliżając się do szkieletów. Pierwszy dostał nie ten najbliżej, lecz ten za nim, nieco stojący po prawej, który rozkładał szeroko skrzydła. Cofał akurat głowę, otwierając szeroko paszczę. Pomiędzy jego szarymi, skamieniałymi niemalże zębami, pojawił się drobny, czerwonawy blask, zwiastujący strzał płonącej kuli, czy gorącego podmuchu. Pocisk esencji rąbnął go jednak głucho w czaszkę, przepalając się przez kość, przemieniając ją w drobny popiół, który upadł w milczeniu na barki dracona. Ten stracił rezon, zachwiał się i poleciał w tył. Echo poniosło się po kawernie, a pozostałe szkielety jakby nabrały więcej życia.
Anioł ruszył znowu w lewo, oddalając się od niektórych, w kierunku innych skracając dystans. Doskoczył szybko, pewnie, nie próbując bawić się w manewry i pozycjonowanie, jak najszybciej pozbywając się problemu. Piewca runął na odlew, nisko, tnąc przez kości na wysokości kolan. Szkielet dracona starał się zamachnąć swoją szczęką, wgryzając się w twarz wojownika, lecz ścięło go momentalnie z nóg. Anioł przyłożył drugą dłoń do rękojeści, wywinął klingę, korzystając z bezwładności broni, ciął szybko z góry w klęczącego przed nim szkieletora. Skrzydło, to prawe, straciło kontakt z resztą ciała, sypiąc się w kilkanaście różnych części, których nie trzymała już żadna magiczna siła. Anioł odstąpił krok w tył, nieco w lewo, cofając się od reszty. Oddalając się od unieszkodliwionego potwora, Poeta przerąbał mu pustą czaszkę na wysokości oczu, pozbawiając go doszczętnie szans na jakąkolwiek ripostę.
Dokładnie wtedy z jego prawej pojawił się kolejny przeciwnik, z przodu nadciągał następny. Pozostałe albo były za nimi, albo starały się przejść jakoś wokół walczących. Funeris tuż za sobą miał owalną ścianę, więc nie musiał martwić się o swoje tyły. Dracon z prawej ruszył jednak szybko, wyciągając swoje skrzydła i celując prawym kolcem na jego końcu w twarz anioła. Miecz Słońca uniósł w górę opancerzone przedramię, zasłaniając się przed atakiem, wywijając się jednocześnie do przodu i w piruecie w prawo, robiąc wiele zamieszania skrzydłami. Z najbliższej odległości przyłożył lewą, wolną dłoń do czaszki dracońskiego nieumarłego, momentalnie zaczerpnął z siebie nieco energii magicznej i ponownie uformował ją w blady obłok. - Izeshar - powiedział na głos, szybko, nawet cicho, materializując zaklęcie. Znowu w jego głowie pojawiła przyjemna, miła scena, gdy szybując nad miastem, wylądował w środku festynu. Byli tam wszyscy. Drago, Themo, Marduk, wiele nowych postaci. Pili wino i śmiali się na siłę z niewybrednych żartów swego valfdeńskiego suzerena. To był dobry, przyjemny czas. To było dobre, przyjemne wspomnienie, które idealnie nadało pociskowi esencji jego moc, niszcząc czaszkę dracona. Szkielet stracił moc, stracił resztki energii i rozleciał się w mniej lub bardziej drobne zbielałe kości.
Anioł poczuł, jak na jego napleczniku ląduje wymierzony cios, który nie trafił dokładnie dzięki piruetowi. Kościany kolec ześlizgnął się ze zbroi, nie robiąc jej żadnej krzywdy, tym bardziej nie raniąc Funerisa. Ten cofnął się z impetem, wpadł na przeciwnika, robiąc z nim kilka kroków do tyłu. Pozostałe kościotrupy miał przed sobą, teraz o dwa czy trzy metry dalej, dwa chyba majaczyły gdzieś z lewej. Szybko skonstatował, że miał wokół siebie jakąś ósemką. Za jego głową, tuż przy włosach, zaczęło robić się cieplej. Wojownik od razu zrozumiał, że dracon chce dmuchnąć go od tyłu, aż zrobi mu się nieco zbyt gorąco. Wolną, lewą dłonią chwycił wystające nieco skrzydło, które znalazło się po jego lewej stronie. Szarpnął potężnie, że aż dracon obrócił się nieco, a ognisty podmuch pomknął i osmalił ścianę jaskini. Funeris miał teraz swoje skrzydła ciasno złożone przy ciele, więc nie przeszkadzały mu, gdy wytrącił kościaną stopę dracona swoim okutym butem, pociągnął za skrzydło jeszcze mocniej. Przeciwnik, nie mający na szczęście masy dorosłego, obleczonego ciałem i pancerzem smokowatego, poddał się w miarę sprawnie, będąc pchniętym w swojego ziomka, który już napierał z lewej. Funeris chlasnął mieczem płasko, odganiając zbliżającego się następnego, tego naprzeciwko, któremu akompaniowały dwa następne, będące tuż za nim. Funeris lewą dłonią wyjął z niewielkiej pochwy przy pasie sztylet, ten srebrny tym razem i cisnął go w głowę jednego z przeciwników. Był to ten bezpośrednio przed aniołem, drugi w kolejce. Telekineza sprawnie pozwoliła wojownikowi Bractwa kierować lecącemu przez jaskinię ostrzu, świecącemu się wściekle w blasku kuli światła nad ich głowami. Srebrne ostrze kute niegdyś przez niego samego wbiło się w łoskotem w przeciwnika, łamiąc mu kości czaszki, gruchocąc ją i pozbawiając szkieleta jego pseudo-życiowej energii. Runął on na ziemię, będąc trącanym przez swoich niegdysiejszych współplemieńców.
Głowa rodu Venatio nie czekał na rozwój wypadków, dał się wgryźć draconowi naprzeciwko w swoją okutą szarą rudą rękę, kopnął go zamaszyście w klatkę żebrową, odtrącając do tyłu, że wpadł na dwa kolejne kościotrupy, robiąc małe zamieszanie. Na kilka krótkich chwil trzy szkielety starały się pozbierać i znowu natrzeć. Dwa z lewej, z zwłaszcza ten jurny, strzelający ogniem, już były przy nim. Anioł schylił się przed jednym atakiem, uskoczył w tył przed drugim. Dotknął plecami ściany, odbił się od niej stopą, wybijając niczym z katapulty. Runął na tę dwójkę, roztrącił ich, będąc szorowany pazurami i zębami, na szczęście wszystkie ataki tylko ześlizgiwały się z jego zbroi. Przebił się poza pierścień okrążenia, widząc tego ostatniego stojącego dracona, który zniknął mu wcześniej z pola widzenia. Stał nieco z tyłu, nie mogąc ewidentnie nijak podejść do przeciwnika, wokół którego kłębiło się wystarczająco dużo kości.
Anioł zbił Piewcą jeden z jego ataków, potem drugi, nacierając na niego i nie dając mu wytchnienia. Smok cofał się po niepewnym gruncie, a wojownik Zartata napierał. Rąbnął mocno, z łokcia, gruchocząc kości na skrzydle. Potem na drugim, zostawiając słup z paszczą. Mieczem machał szeroko, odganiając wszelkie próby kontrataku, zdobywając szybko odpowiednią przewagę. Ostatni cios wyprowadził od góry, z dwóch rąk, zupełnie niszcząc czaszkę stwora i obracając go w kupkę kości.
Obrócił się, widząc jak pozostała piątka zmierza w jego kierunku. Wyciągnął dłoń, telekinetycznym impulsem przyciągając do siebie wyraźnie błyszczący pośród kości sztylet. Wsunął go za pas, wyskoczył do góry i pomknął na drugą stronę jaskini, będąc zdecydowanie szybszym od swoich oponentów. Złapał nieco powietrza w skrzydła, będąc nadal jednak nisko nad powierzchnią. Chciał najpierw oddalić się od draconów, odetchnąć, stanąć pewnie. Czuł już, że łaska sił, którą rzucił na siebie przed momentem, zaczyna wypełniać jego ciało, dodając mu mocy i energii.
Miał nadzieję, że zobaczy gdzieś tutaj Dragosaniego.

10 - 5 (pocisk, pocisk, miecz, sztylet, miecz) = 5x szkielet dracona.

//Wiem, że pisałeś, że Cię widzę po drugiej stronie, ale po tym jak napisałeś wymiary jaskini, to chyba minimalnie mi brakowało zasięgu kuli światła, by Cię tam dojrzeć. Dlatego pozwoliłem sobie pokierować to tak.

Dragosani:
Dragosani gdzieś tam był, w ciemności. Funeris wiedział to, gdyż słyszał odgłosy walki. No i WIEDZIAÂŁ to, wszak był tutaj z wampirem. Jednak nic nie widział. Jedynie od czasu do czasy błysk demonicznej ręki wampira. Ta sytuacja nie trwała jednak długo...

Ogień. To ujrzał Dragosani ze swojej perspektywy. Jeden ze szkieletów, który to jego obrał za cel, zionął ogniem. Wampir nie był tym zaskoczony, wręcz spodziewał się tego. Wielokrotnie walczył z tego typu nieumarłymi, znał ich możliwości i sposób działania. Oraz, rzecz jasna, ich słabości. Zareagował błyskawicznie. Wyciągnął przed siebie demoniczną rękę i przywołał moce piekielne. Utworzył w ten sposób barierę, zwierciadło ochronne. Podmuch ognia uderzył z ową tarczę i zaniknął. Oświetlił przy tym scenerię, więc anioł mógł przyjrzeć się co się dzieje. Dragosani był otoczony przez pozostała piątkę draconów. Miał dobytą szablę no i walczył, jak na siebie przystało. Ogień zgasł, więc anioł nie widział niczego więcej. Pozostało mu tylko słuchać.

Dragosani, rzecz jasna, widział wszystko doskonale. Zdawał sobie sprawę ze swojego nie najlepszego położenia, lecz nie obawiał się tego. Znał swoje możliwości, wiedział co zrobić, aby przechylić szalę na swoją stronę. Do tego był zdecydowanie zwinniejszy i szybszy od swoich adwersarzy. W jaskini było ciemno. Nad światem zaś panowało hemis. Był więc to czas idealny dla wampira. Drago bardziej wyczuł niż zobaczył atak ostrego kolca na skrzydle skierowany na niego. Uchylił się, jednocześnie okręcając się. Demoniczna ręką złapał za wymierzony w niego kolec i pociągnął. Nieumarły zachwiał się i to wykorzystał wampir. Szybkie cięcie szablą stworzoną przez Funerisa pozbawiło dracona głowy. Cały manewr trał mgnienie oka. Oczywiście wąpierz nie mógł sobie pozwolić na przerwę. Otaczała go jeszcze czwórką dracońskich szkieletów, wściekłych i bardzo pragnących jego śmierci. Nastąpiła grad ciosów. Szkielety próbowały gryźć, drapać i dźgać skrzydłami. Dragosani unikał ciosów, część z nich odbijał przy użyciu szabli albo demonicznej ręki. Nie atakował, skupił się na obronie. Uznał, że musi wydostać się na zewnątrz, że nie może toczyć całej walki otoczony kościosmokami. Wyczekiwał na okazję, poświęcając się obronie. I okazja w końcu nadeszła. Potencjalny obserwator zapewne nie zauważyłby nawet kiedy. Drago wyśliznął się pomiędzy kośćmi i nagle znalazł się poza kręgiem szkieletów. Oczywiście to nie skonfundowało nieumarłe zmysły szkieletów. Bo jakże to tak? Ofiara nie może ot tak po prostu uciec z kręgu śmierci! Rzecz jasna ten stan rzeczy trwał bardzo krótko. Szkielety były bardziej automatonami niż prawdziwymi istotami, więc szybko zaadaptowały się do nowej sytuacji. Oczywiście ów krótki moment konsternacji wykorzystał Dragosani. Jednym precyzyjnym cięciem pozbawił najbliższego dracona skrzydła, torując drogę swojej klindze do jego karku. Drugi cios pozbawił nieumarłego głosy. Martwe już kości rozsypały się. Pozostały więc trzy dracońskie szkielety. Wszystkie zamierzały zaatakować wampira. Pierwszy ruszył ten pośrodku. Więc Drago odpowiedział uskokiem w prawo, coby nie wejść w szpony dracona. Kościane pazurzyska minęły go o włos, podobnie jak kolec na skrzydle kolejnego dracona. Drago nie pozostał dłużny. Dwa cięcia szablą pozbawiły dracony broni, które wykorzystały w swoich atakach, łapu i części skrzydła. Wąpierz zawirował w zwinnym piruecie i ciął w kark szkieletu pozbawionego części skrzydła. Oczywiście trafił, ujmując mu czaszki. Pozostały dwa. Drago westchnął, no ale trzeba było walczyć dalej. Dracony nie wzdychały, tylko atakowały. Oba ruszyły wściekle, klapiąc zębiskami i machając szponiskami. Król nie ustępował. Teraz było mu znacznie łatwiej unikać ich ciosów. Drago uchylił się przed zamachem pazurami, demoniczną ręką odbił pchnięcie skrzydłem... I wskoczył pomiędzy szkielety, tnąc wokół szablą. Kości łamały się, pękały pod ciosami klinki z czarnej rudy. Jeden dracon został pozbawiony ręki i skrzydła. Drugi zaś jednej nogi, więc padł na ziemię i człapał się pokracznie. Rzecz jasna wciąć był niebezpieczny. Drago nie czekał. Zaatakował tego stojącego, zasypując go gradem ciosów. Jeden z nich spadł na kark szkieletu, pozbawiając go głowy. Niestety jakoś tak się stało, że wampir wypuścił broń, klinga ugrzęzła pomiędzy kośćmi. A musiał jej szybko dobyć! Poczuł szpony pełzającego dracona, zaciskające się na jego łydce! Wypuścił więc szablę. Dobył sztyletu. Niemalże padł na dracona, wbijając sztylet w jego kark. Kości zostały uszkodzone, lecz należało dokończyć dzieła. Wampir nie fatygował się już aby odciąć głowę szkieletu. Po prostu chwycił jego czaszkę demoniczną dłonią i trzasnął nią potężnie o ziemię. Czaszka pękła. Szkielet był prawdziwie martwy. Podobnie jak pozostałe. Wampir wstał. Schował sztylet i podniósł szablę. Otrzepał się z kostnego pyłu i wszedł w obręb kuli światła Funerisa, który rzecz jasna nie widział walki i nie miał pojęcia jak ona wyglądała. Drago splunął, usuwając pył z ust.
- Szabla się sprawdziła - pochwalił produkt anioła.

Funeris Venatio:
- Wątpiłeś? - odpowiedział mu z wielkim uśmiechem, że go widzi.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej