Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Skrzydła i szpon

<< < (22/76) > >>

Dragosani:
Zaprowadzono ich więc do stolika. Był przy oknie, na tyle duży, aby wygodnie siedzieć mogły przy nim trzy osoby. Dla krasnoluda przyniesiono wyższe krzesło, nic nie mówiąc i nie komentując. To się nazywa obsługa! Potem podano spisy dań. Większość z nich składała się z darów morza. ryb, skorupiaków, mięczaków i innych stworzeń, których istnienie przeczy logice. Była tez oczywiście zupa z wodorostów. Część dań nosiła dziwaczne nazwy, które nie mówiły aniołom nic. Piwo nie było tutaj podawane, jedynie wino.

Za oknem zaś zaczęło padać. Funeris miał więc nosa. Albo szczęście. I gdzieś tam, w mieście, pośród jego uliczek, był Drago. Sam. Szukający informacji, załatwiający uzupełnienia zapasów. Jedyny pracujący. Ciężko pracujący! No a na pewno będzie tak twierdził, gdy tylko zobaczy, że anioły się lenią w wygodnej knajpie.

Funeris Venatio:
Funeris z uprzejmością ukłonił się do niziołka, który zaprowadził ich do stolika. Odsunął krzesło Evening, pozwalając jej podejść do stołu i przysunął na powrót stołek, jak już zajęła odpowiednią pozycję. Sam przeszedł wtedy na drugą stronę, również zajmując miejsce. Dotknął blatu stołu, niewielkiego, zupełnie nieprzypominającego typową ławową karczmę. Był dobrze ociosany, zabejcowany i przykryty białym obrusem z jakimiś fantazyjnymi wzorami. Nieźle.
Kartę dań podano wypisaną równym pismem na pergaminie przytwierdzonym do jasnych deseczek związanych w trzech miejscach rzemieniem. Sprytne, wygodnie się czytało i wertowało tych kilka stron. A było na nich coś, o czym nigdy w swoim życiu nie słyszał. Wyławiał jakieś znajome nazwy, lecz łączone w dziwnych kombinacjach, budziły jego strach i niezrozumienie. Dlaczego ktoś chciałby podać "okonia morskiego w sosie musztardowym z zielonym pieprzem i smażonymi przegrzebkami", przeszło mu zapewne przez myśl, czytając jedną z pozycji na liście. Potem zatrzymał się na moment przy "fermentujące kałamarniczki w occie, z mulami i aferbegnio", czymkolwiek by to ostatnie nie było.
- Evening, skusiłabyś się na butelkę Marlborough Chenin Blanc z tutejszych winnic? - zapytał wreszcie, szybko skacząc na napoje i widząc już rzeczy, które przynajmniej potrafił przeczytać.

Dragosani:
Skrzydlaci zamówili więc wino i jakieś danie, w którego nazwie były dwa znane im słowa. Czyli szpinak i małże. W końcu jak szaleć, to szaleć. Wypili, zjedli i okazało się to całkiem niezłe, gdy już się człowiek anioł przemógł. Siedzieli sobie, a za oknem powoli zapadał zmrok. Kończył się ostatni dzień roku. Nadchodziła długa noc, która miała potrwać przez cały miesiąc. I dokładnie w tym momencie te spokojna posiadówkę przerwał im Drago. Zjawił się przy stole nie wiadomo skąd. Podszedł, niespostrzeżenie, jak to przystało na wampira, i z sobie właściwym taktem wcisnął się pomiędzy nich podstawiając sobie krzesło.
- Co jecie? - Spojrzał na puste już talerze. - Fuj - skomentował. - Dowiedzieliście się czegoś? - zapytał. Całkowicie ignorował Karla, który przecież też siedział przy stole. Krasnolud wybałuszył oczy i chyba próbował coś wydukać, widząc tak bezczelne zachowanie wampira wobec pary anielskich istot.

Funeris Venatio:
- ... a ja na to, że to moja siostra! - rzucił, a wszyscy wokół wybuchli śmiechem. Funeris wytarł twarz w chusteczkę, łapiąc się nieco teatralnie za brzuch i kręcąc głową. Wtedy też wpadł wampir. Karl mało nie spadł ze swojego stołka, widząc postać Dragosaniego.
- A, ten, właśnie... - przypomniał sobie cel swojej wizyty. - Mości Karlu, jako się rzekło wcześniej, opowiesz po krótce co miałeś do powiedzenia na temat wulkanu i tego, co się tam teraz dzieje? Te historie, wiesz, co wcześniej mówiłeś.

Dragosani:
- Ee... - bąknął Karl, jakby nie bardzo wiedząc o co chodzi. Albo też nie bardzo podobało mu się spojrzenie wampira, który to wbił w niego wzrok swoich bladych oczu w których ewidentnie było coś wybitnie nieludzkiego.
- No mówiłem, że on może wybuchnąć... dymi, trzęsie, grzmi - powiedział w końcu. - I nikt nie wie dlaczego. Bo to wygasły wulkan był, a tu nagle nie wiadomo czy nie tryśnie ogniem. O, żeby bogi nie dali. - wykonał święty gest odpędzania złych mocy. Dragosani, jako doświadczony egzorcysta i znawca zwyczajów owych złych mocy wiedział doskonale, że taki gest jest całkowicie bezużyteczny. Ale tak tylko dla swojego wewnętrznego śmiechu syknął cicho, lecz słyszalnie, i odsunął się od krasnoluda, siedząc na krześle. Karl wybałuszył oczy i spojrzał na swoją dłoń.
- O czym to ja... - zaczął znów. - A, że wulkan. No grzmi. Ludzie mówio, że tak też jakieś duchy po nim chodzą. I jeden taki gejolog mówił, że gdzieś tam w pobliżu krateru żyje jakiś nawiedzony ślepy kunanin. Ja bym się nie zdziwił, gdyby to on rozsiewał plotki o duchach i przepędzał podróżnych.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej