Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Bliżej boga - ÂŚwięta pomsta #6 [Marduk Draven i Kiellon Silvertank aep Kharim]

<< < (3/13) > >>

Funeris Venatio:
- Czy któryś z was mógłby nam przypomnieć co się tutaj wydarzyło?

Nawaar:
- Wojny pomiędzy wojskami Isentora a Meaneba. Dlatego jak wspomniałem obraz wojny jakiej się tutaj odbyła nadal jest słyszalny na kontynencie. Brodacz myślał, że nie będzie musiał się powtarzać i oczywistym było to tutaj walczył i z kim.

Marduk Draven:
Ołów. Draven czuł się niczym ołowiany kolos. Jego nogi wrastały w ziemię, własna masa jakby go miażdżyła. Zemdlał? Umarł? Co się z nim działo. Czuł się niczym trup podczas dziwacznej podróży. Dotarli. Z początku nie patrzył gdzie. Impet lądowania był mocny. O dziwo jednak stali na własnych nogach. Paladyn usiadł na trawie i wstrząsnął głową. Zdjął jedną z rękawic i palcami przeczesał włosy. Otarł dłonią twarz, przetarł oczy. Splunął. Nie chciało mu się wymiotować tak, jak Kiellonowi. Krasnolud też odpowiedział na pierwsze pytanie. Anioł zaraz zadał kolejny. Draven pozbierał się już. Wstał i założył rękawicę. Rozejrzał się. Już otworzył usta, gdy wredny krasnolud wciął mu się w pół zdania.
- Bitwa.- poprawił krasnoluda.- Decydująca bitwa w wojnie z Meanebem.- rozwinął.

Funeris Venatio:
- Lakonicznie, ale jak najbardziej rzeczowo- odparł anioł na ich odpowiedzi. - To tutaj Isentor I Aquila ze swoimi chorągwiami starł się z wojskami dowodzonymi przez Meaneba. Te zielone równiny spłynęły krwią. Krwią, gównem, moczem i łzami.
Człowiek i krasnolud ujrzeli piekło. Obraz pożogi, śmierci, odrąbanych kończyn i strzaskanych czaszek. Połamanych tarcz, wyszczerbionych mieczy, wgniecionych blach pancerzy. Ludzie powykrzywiani w grymasie bólu, umierający w kałuży swoich wnętrzności i ekstrementów - uwolnionych w chwili śmierci bądź dojmującego strachu odbierającego władzę w kończynach. Stopione ciała istot, zniekształcone potężnymi zaklęciami do tego stopnia, że nie można było rozpoznać, czy to na czerwonej od krwi trawie leży człowiek, elf, demon czy może zupełnie inna bestia. Wojak nacierający na wojaka, odbijający jego ciosy swoją klingą i wyprowadzający sztych. Jakiś demon rzucający w niego wielkim kamieniem, który roztrzaskał mu głowę, spłaszczając hełm do postaci wyklepanej blachy. Demoniczny behemot szarżujący w szeregi zwartej falangi pikinierów, próbując utrzymać szyk. Ktoś płacze, ktoś krzyczy, wszyscy umierają. W miejscu gdzie stoją spadają z nieba niewielkie meteoryty, rozrzucając walczących wokół, bez różnicy - sprzymierzeńców czy wrogów. Bitwa to piekielny chaos i nawet nie wiadomo kto rzuca zaklęcie.
Kiellon i Marduk cofnęli się z wizją nad pole walczących. Widzieli, że to nie tylko bezładna masa mięsa zdzierającego się ze sobą, ale również szyki, formacje, manewry i desperackie próby utrzymania tego w chwiejnym porządku.
- Kto miał rację?- rozległo się za ich plecami. Widzieli już normalnie, nie czuli zapachu śmierci, a delikatny wietrzyk kołysał ich zmysły. Ta zieleń naprawdę potrafiła uspokoić.
- Wszystko, co się wydarzyło, nie musiało się stać. Ale się stało. Czy można powiedzieć kto w tym konflikcie był tym dobrym? Czy można powiedzieć, że ktokolwiek nim był? Każdy z nich zabijał, niszczył, palił i próbował wszystkiego, by tylko ta druga strona nie odniosła zwycięstwa. - Tutaj zrobił przerwę, wyciągnął z pochwy swój miecz. Długa klinga zalśniła złowrogo w pełnym słońcu, dając niepokojące, zabójcze refleksy.
- Czy Isentor swoim zachowaniem i działaniami nie zrównał się ze swoim adwersarzem? On również nie czynił prawo i dobrze. Czy któryś z nich otrzymał legitymizację swoich działań? - Wtedy mniej więcej zdali sobie sprawę, że jego usta się nie poruszały. Anioł mówił, on był słyszany, ale nie wyartykułował fizycznie ani jednego dźwięku. Jego krtań nawet nie drgnęła. Słyszeli go w umyśle.

// Opiszcie co chcecie a propos sceny etc., ale główną odpowiedź na zadane pytanie, jaką byście zawarli w dialogu, poproszę na PW zatytułowanym "Zielone Równiny".

Marduk Draven:
W jednej chwili tuż po słowach paladyna, znaleźli się wśród zgiełku bitwy. Okrwawione kości, ciała, ziemia. Spalone truchła, dogorywające trupy, żywcem płonący nieszczęśnicy. Wszechobecna wrogość, nienawiść i furia. Tego dnia Rasher miał pełne ręce roboty, witając w swych progach na pewno setki, a najpewniej tysiące poległych na różnorakie sposoby. Paladyn doświadczył podobnej pożogi na Zuesh, nad Amortedonem. K'efir było niczym w porównaniu do tej wizji. Dziecięcą utarczką, stalową pięścią uderzającą w nieosłonięty nos. Tamci bandyci mieli szanse bliskie zero. Ich los był przesądzony. Tutaj? Tu szanse były niczym kapryśne kobiety, raz w tę, a raz w tą.
Na szczęście wrócili na pole. Zieleń i wietrzyk zastąpiły wszechobecną pożogę i śmierć, co uradowało Dravena. Przynajmniej w minimalnym stopniu.
Anioł zadał pytanie. Nie głosem, przynajmniej tym z krtani. Wszystko odbyło się telepatycznie. Marduk zaczął się zastanawiać. Pytanie było ciężkie. Jak ciężka będzie więc odpowiedź.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej