Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
W głąb Zapomnienia
Zaidaan:
Walka trwała nadal, a straty po stronie piratów były przerażająco olbrzymie w porównaniu ze stratami Valfdeńczyków i Raanarów, z których co ciekawe jeszcze nikt nie zginął. Są na tyle skoordynowaną i wyszkolona jednostką, że nawet przewaga liczebna wroga zdaje się na nic. Emerick przez chwilę dostrzegł jak kapitan ucieka z mostku i cofa się pod pokład, gdzie jest prawdopodobnie sam. Hetman z uwagi na to, że chciał mieć go żywego, sam chciałby się nim zająć, bo kto zrobi lepiej jak nie samemu? W dodatku chciał się poprawić po ostatnim abordażu niedaleko Zuesh gdzie umordował kapitana niepotrzebnie, bo można by go przesłuchać i dowiedzieć się więcej. Po drodze do zejścia pod pokład napatoczył się Bękartowi jeden pirat, który chyba postanowił bronić swojego szefa za wszelką cenę. W takim też razie Emerick uniósł broń i przyjął postawę bojową. Tym razem chciał ten pojedynek rozegrać bardziej defensywnie, niech on się trochę pomęczy. Długo na reakcję szumowiny nie trza było czekać, zwłaszcza po sprowokaniu ręką zachęcając go aby zaczął pierwszy. Zaatakował od góry na ukos. Emerick zareagował niemalże natychmiast wykonując trafną kontrę, ześlizgując jego ostrze na bok. Wtedy też Hetman kopnął pirata w tylnią część kolana, które od razu mu sie zgięło z bólu. Co ciekawe w tym czasie nie zadał śmiertelnego ciosu, chociaż mógł. Widocznie zachciało mu się bawić i trochę sprawić cierpienia swojemu przeciwnikowi. Wściekły bandyta przyjrzał się dokładniej swojemu wrogowi, bo ten to nie był zbyt zwyczajny i łatwy do zabicia. Emerick, by jeszcze bardziej przerazić swojego wroga i trochę przyszpanować w trakcie oczekiwania na ruch pirata zrobił kilka młyńców mieczem z uśmiechem na twarzy. Morski łupieżca tym razem postanowił przybrać taktykę na byka i po prostu zaszarżować z ostrzem przed sobą. Bękart nawet zbytnio się nie wysilił, po prostu zrobił krok w bok i sieknął ostrzem po plecach pirata tnąc jego koszulę i zostawiając krwawy ślad na plecach. Pirat chyba za bardzo się tym nie przejął, albo po prostu dzięki adrelaninie nic już teraz nie czuł. Już dwie próby zakończyły się dla niego porażką, no ale jak to się mówi - do trzech razy sztuka i za tym trzecim razem Emerick postanowił skończyć tą zabawę. Bandyta jeszcze nie wiedział, że ten atak będzie jego ostatnim. Aby zwiększyć swoje szanse na wygraną wyciągnął sztylet, aby i nim trafić tego śmieszka, który się z nim bawi. Rozpędził się i zaatakował ponownie mieczem, lecz blok nie pozwolił na cokolwiek, więc w takim razie zaatakował sztyletem, lecz Emerick aby nie zginąć i to skontrował, a pirat tak atakował na przemian. Raz tym, raz tym aż wreszcie Hetman sprzedał kopniaka przeciwnikowi w brzuch tak mocno, że aż się zgiął, gdzie po chwili oberwał w policzek z pięści z taką siłą, że wylądował na deskach i zanim zdążył dorwać swoją broń, leżał już z rozciętym brzuchem i bebechami na wierzchu. Emerick rozejrzał się po po pokładzie aby ocenić troszku sytuację po jego walce z rzezimieszkiem. Przewaga była przytłaczająca, to była tylko kwestia czasu kiedy po prostu wszyscy zginą, bo poddawać się chyba nadal nie zamierzają, choć byłby to dla nich najlepszy wybór. Hetman dostrzegł jeszcze jak jeden z jego załogantów był w opałach i był podduszany i przyparty o burtę prawie wypadając do morza przez jakiegoś bandytę, który nie wyglądał na chuderlaka, acz na rosłego chłopa z mięśniami. Emerick postanowił pomóc swojemu człowiekowi i podbiegł tam jak najszybciej. Uderzył go pięścią z mieczem prosto w nerkę, a potem gdy ten zaskoczony zaczął odczuwać ból, hetman odwrocił go w swoją stronę i po krótkiej wymianie spojrzeń rąbnął mu z główki, aż go oćmiło. Właciwie obu, tylko że pirata połamał się nos, który zaczął obficie krwawić. Po takim obrocie sytuacji, marynarz przestał być duszony i upadł na kolana ledwo żyjąc i próbując nabrać łapczywie powietrze. Bękart zanim się zdążył ogarnąć, olbrzym już biegł w jego kierunku, złapał za fraki i przybił do masztu próbując to jego teraz udusić. Emerick przyparty do masztu musiał szybko coś zrobić nim się udusi. Miecz upadł mu gdy został złapany i jedyne co dostrzegł to sztylet przy pasie pirata, kóry go dusi, acz z niego nie używa. W takim razie wyjście było tylko jedno. Hetman z ledwością zaczął sięgać po sztylet licząc na to, że nie zabraknie mu ręki. Natomiast drugą ręką dalej próbował wyzwolić się z uścisku. Na szczęście Emerick dosięgnął małe ostrze i zabierając go dusicielowi, wbił go między żebra, tak że aż uścisk puścił i mógł upaść na ziemię i naczerpnąć powietrza. Pirat ten był chyba na jakiś doładowaniach i po rumie, bo nawet sztylet nie wystarczył żeby się go pozbyć. Ponownie nacierał na królewskiego hetmana. Jedynym ratunkiem był jego miecz, który mu wcześniej wypadł. Złapał go w ostatniej chwili i wbił prosto w okolice serca mając nadzieję, że go w końcu zabił. Rosły przeciwnik tym razem nie wygrał ze śmiercią i upadł martwy obok Emericka trzymając się w okolicach zadanej śmiertelnej rany. Emerick krztusząc się jeszcze powoli wracał do siebie. Wyciągnął ostrze z truchła i trzymając się za gardło ruszyłw kierunku zejścia pod pokład.
1xKapitan
4xPirat
Nawaar:
Kiellon poczuł jak mu, ścisnęło gardło a on sam, nie mógł nic powiedzieć! Brodacz głupi nie był i wiedział, że to to samo zaklęcie, którego użył wcześniej, jakoby ratując sytuację. Teraz padł ofiarą tego samego, ale brodacz był rządny zemsty, więc jego twarz zrobiła się na nowo czerwona, jakby znowu najadł się ostrego dania, lecz tym razem było to czyste wkurwienie! Ręce mu drżały i gdyby, mówił mniej więcej, brzmiałoby to tak. Zajebię cię mały chujku. Następnie paladyn wyciągnął dwa pistolet w kierunku Marduke, i z "Miłosierdzia" oddał strzał w kierunku kufla, który trzymał jego przełożony. Cała akcja trwała zaledwie chwile i praktycznie nikt się nie zorientował, że coś takiego będzie mieć miejsce. Zwykły huk wystrzału, mały kłąb dymu, świst kuli i stłuczone szkło, potem sobie usiadł na miejsce. Marduke następnym razem się zastanowi, że nie należy atakować swoich. Pewnikiem jest, że pewno go z Bractwa wyrzucą i teraz będzie mrocznym paladynem!
8 - 1 = 7 żelaznych naboi
Kazmir MacBrewmann:
Czemu się nie poddadzą? Przeszło mu przez myśl gdy kładł kolejny bełt na łoże kuszy. No tak, fanatycy... Przystawił broń do oka i posłał srebrny pocisk w pirata który szarżował na szeregowego Emericka. Kazmir już drugi raz uratował jego dupę, oczywiście nigdy mu tego nie powie. Hetman usłyszy tylko że ktoś za nim padnie. Krasnolud pięknie trafił w głowę. Zostało jeszcze 3 piratów. Szkoda mu było srebrnych bełtów, ale nałożył kolejny i posłał go w śmierdziela walczącego z jednym z MORÂŚWINĂW, albo MORSĂW czy innych morskich zwierzątek.
1xKapitan
2xPirat
Dragosani:
- Gdzie mnie z to magjo?! - Karczmarz wrzasnął na Marduka. Może by to jakoś zignorował, wszak efekt zaklęcia paladyna był... mało spektakularny. Gdyby nie reakcja Kiellona.
- O wy dziady! - Wyszedł zza kontuaru. Za nim, jakby znikąd zjawiło się jeszcze dwóch byczków. Pomimo odmiennej fizjonomii od ludzi można było w nich poznać wykidajłów. Posiadali to specyficzne spojrzenie.
- Won z mojej tawerny! - krzyknął gospodarz. - Nie będziecie mnie se tu szczelali i czarowali! To porządny lokal! - Bycze draby wzięły Marduka i Kiellona i za szmaty (lub racze płyty) wywlekły ich z tawerny. Po chwili wyszedł za nimi Dragosani. Sam, bez pomocy. I chyba z własnej woli. Spojrzał rozczarowany na paladynów.
- Rozprosz zaklęcie - polecił Mardukowi. Nie mówił tonem Draga-przyjaciela. Teraz przemawiał król. - I za mną. Obaj! - Nawet nie oglądając się, coby sprawdzić, czy wykonano polecenie, ruszył jedną z ulic.
Emerick zszedł pod pokład. Panował tutaj półmrok. W powietrzu czuć było odór mokrego drewna. Z góry słychać było ostatnie odgłosy walki. Potyczka z piratami musiała dobiegać końca. Pozostawał jednak kapitan. Tylko gdzie? Odpowiedź na to pytanie przyszła do niego sama. Coś niewidzialnego lecz silnego pchnęło Emericka na jakieś skrzynie. Rozpadły się one, ujawniając jakieś niezbyt świeże mięso. Rozległ się cichy trzask krzesiwa i mrok rozświetliła pochodnia. Trzymał ją kapitan, uśmiechający się złowrogo.
- Nie powinniście byli tu przypływać - powiedział. Jego głos był dziwny. Jakby zmieniony, nieludzki. Zrozumienie z czym właściwie Hetman na do czynienia nadeszło nagle. Kapitan był opętany! - Morze was pochłonie... - powiedział jeszcze i przytknął pochodnię do cienkiego sznurka, który wystawał z beczki stojącej obok. Lont, gdyż tym właśnie był ów sznurek, rozpalił się. Skaczące iskry zaczęły zbliżać się do beczki, zapewne wypełnionej prochem. Stała ona obok innej beczki, która stała obok innej beczki, która stała obok jeszcze innych beczek. Szykowała się niemałą eksplozja. "Kapitan"' zaczął się śmiać, rozpraszając mortokinetyczny uścisk na Hetmanie. Po chwili przerwał i zaczął rozglądać się, całkowicie zaskoczony.
- Co...? - szepnął cicho. Jego głos był ludzki.
1x Kapitan
// Macie po jednym poscie na ucieczkę :D
Zaidaan:
Gdy zszedł pod pokład wydawało się przez chwilę, że nikogo tutaj nie ma. Dopóki ktoś go nie staranował i nie wjebał w nieświeże mięso. Dotarło do niego, że ten kapitan wcale nie jest taki czysty, w sensie duchowym. Opętał go demon, których ostatnio się naroiło strasznie jak grzybów po deszczu. Demon postanowił popełnić samobójstwo swojej ofiary i przy okazji wyjebać w powietrze jeszcze oba statki wraz z załogami. Hetman zrobił oczy niczym grzywny z nominałem 5. Kopnął kapitana w najbardziej bolesne miejsce, akurat wtedy kiedy demon go chyba opuścił. Gdy ten złapał się za czułe miejsce, Bękart odepchnął go natychmiastowo, że aż sam wywalił się na przypadkowych skrzynkach. Hetman natomiast rzucił się natychmiast w stronę lontu odcinając odpaloną część od reszty mieczem. Chociaż działał w pośpiechu to postanowił jeszcze zgasić go innymi sposobami. Oblizał swoje palce i przyłożył je do odpalonego sznurka aby go w ten sposób zgasić, profilaktycznie też zaczął deptać ten lont aby być pewnym, że zaraz nie wybuchnie i nie pożałuje, że nie uciekł ratując swoją dupę. Wiedział, że zaraz kapitan się wróci do niego więc przygotował się do obrony, czekając aż ten wstanie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej