Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
W głąb Zapomnienia
Dragosani:
Nieznany statek zmienił kurs i kierował się wprost na Szachraja. Zbliżali się. Spotkanie obu jednostek zdawało się być nieuniknione. Ktoś wcisnął w dłoń Emericka gwizdek. Lepiej było nie myśleć w tej chwili gdzie on wcześniej był. Gdy nieznany statek zbliżył się, lecz był jeszcze poza zasięgiem dział na jego masz wciągnięto banderę. Przedstawiała skrzyżowane cztery linie. Tak jak opisywał jeden z rozbitków.
- To oni - wrzasnął Andrzej. Piracki bryg wszedł w optymalny zasięg ognia i obrócił się bokiem, aby wystrzelić. - Będą... - zaczął Andrzej, lecz nie skończył. Przerwał mu huk wystrzału. I kula armatnia, która trafiła idealnie w bocianie gniazdo. Przypadkiem lub nie, dla Andrzeja nie sprawiło to wielkiej różnicy. Pokład zasypały kawałki drewna i samego Andrzeja. Piracki bryg znajdował się w zasięgu dział Szachraja.
- No to cho - powiedział tauren, prowadząc Marduka. Słysząc jego pytanie westchnął. - Lepiej nie nazywaj taurenów "bykami"... - poradził. - Niektórzy to bardzo źle znoszą. Poza tym nie bardzo wiem o co ci chodzi. Wege-co? - Weszli do karczmy. Poza licznymi innymi gośćmi, rzy jednym ze stolików, zauważyli Kiellona i Dragosaniego.
I wybadał. Gdy Kiellon wziął pierwszy kęs potrawy poczuł jakby przełykał ogień. Gorzej, płynny ogień! Powiedzenie, że danie było ostre byłoby poważnym niedomówieniem. Mniej więcej takim, że demony chowały pewien uraz wobec aniołów. Jednak po chwili, gdy cierpienie odchodziło, dało się wyczuć pewien całkiem niezły smak.
- I jak? - zapytał wampir. - Bo twarz masz czerwoną jak Mogul - wspomniał poległego przyjaciela.
Marduk Draven:
Marduke wysłuchał taurena.
- Wybacz. Nie chciałem Cie urazić. Sądziłem, że to coś normalnego, jak jaszczuroczłek - jaszczur. - odrzekł mu, podążając za nim. - Wegetarianie - tacy, co nie jedzą mięsa. Tylko warzywa.- wyjaśnił.
Wysłane z mojego GT-S7580 przy użyciu Tapatalka
Zaidaan:
Napięcie było coraz większe z każdą milą przepłyniętą przez piratów. Nagle obrócili się burtą do Szachraja i wystrzelili pocisk w kierunku Andrieja. Biedak musiał za dużo mówić. Emerick się skulił na chwilę przed deszczem mięsa i drewna. Ciekaw był jakim cudem trafili w taki wysoki punkt poziomo wycelowaną armatą, w dodatku tak mały punkt. Hetman złapał mocniej gwizdek i rozejrzał się po załodze. To już musiał być ten czas. Przyłożył gwizdek do ust i nagle po całym okręcie rozległ się krótki, acz wysoki gwizd. To był znak aby wyjść z ukrycia. Sternik momentalnie obrócił sterem tak, że prawie uderzył dziobem w burtę piratów. Załoga gwałtownie ściągnęła przebrania i jedna część złapała za haki i rzuciły prosto na drugi pokład, które przyczepiły się do burty i większość rosłych mężczyzn zaczęła przyciągać oba okręty do siebie, dodatkowo dając możliwość ostrzału z armat. Inna część załogi podbiegła do armat, które natychmiast odsłoniły i odpaliły lont. Rozległ się niesamowity huk, aż odchyliło oba okręty w przeciwne strony. Po chwili jednak wróciły do pierwotnej pozycji. Szrapnele pofrunęły prosto w kierunku piratów robiąc z nich dziurawe truchła. Jeszcze inni złapali za liny i wybujając się odpowiednio wylądowali na wrogim okręcie gdzie rozpoczęli walkę. Kilku z żeglarzy złapało za noże, toporki i obrzuciło nimi wrogą załogę. Kiedy pierwsza faza się zakończyła, rozpoczął się abordaż i walka na obu okrętach. Również i Emerick ściągnął ubranie i wyciągnął swoje czarne jak smoła ostrze szukając przeciwnika.
Nawaar:
Krasnolud kosztując danie, nie spodziewał się aż takiej ostrości! Na przyszłość będzie precyzował swoje zamówienia. Kiellonowi przez gardło przepłynęła lawa a to miało być zwykłe jedzenie, ale cóż gęba zrobiła się czerwona jak żulowi spod karczmy " U Olgi", który oczekiwał jednej grzywny na jedzenie. Gdyby to była kreskówka to pewnie dym, by mu uszami poszedł, a oczy niemal wypadły, ale to jest inna bajka! Jednak pomimo tego było dość znośnie. - Yhym. Wydukał z siebie, by sięgnąć po flaszkę, aby nieco popić, także wziął parę łyków i zrobiło mu się przyjemnie. - Nie taka zła, ale jaki Mogul, bo nigdy nie słyszałem? Dopytał, biorąc kolejną łyżkę strawy, wykładając ją do ust i natychmiast połykając, a żywy niemal ogień lał mu się do żołądka.
Dragosani:
Dwa brygi przywarły do siebie. Wcześniejsza salwa z dział zaskoczyła piratów, kilku z nich zginęła. Wielu jednak jeszcze żyła. Gdy rozpoczął się abordaż, po drugiej stronie statku piratów, po burcie wspięli się raanaarscy komandosi. Rozpoczęli walkę.
Piraci:
1 x Kapitan piratów
20 x Pirat
Załoga Szachraja i sojusznicy:
5x Raanarski komandos
10 x Marynarz z Szachraja
- A - odparł Jaghatai. - No tak. Chociaż od czasu, gdy żyjemy z raanaarami, często też jemy wodorosty. Nie są nawet takie złe, szczególnie jak kucharz jest zdolny. Niektórzy tez eksperymentują z rybami, ale osobiście wolę tego unikać. Oślizgłe takie, fuj! - Rozejrzał się po sali.
- Tam, siedzą tam. - Wskazał na Dragosaniego i Kiellona. Krasnolud był coś czerwony na twarzy.
- Stary znajomy - odparł wampir. - Ork. Czerwonoskóry. Poza nim w życiu takiego nie widziałem. Ale, jak widać, zdarza się. Był... taki jak ja. Jeśli wiesz o czym mówię. - Dostrzegł Marduka i Jaghataia stojących przy drzwiach.
- Lepiej chowaj flaszkę, twój szefu idzie - ostrzegł brodacza.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej