Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Revarskie pieśni: Zapach jaśminu
Kenshin:
Kenshin jako druid, nie wyobrażał sobie świata bez magii. Dlatego nie odpowiedział Gunsesnowi nic, bo nie wiedział po prostu co mógł powiedzieć, ale uważał, że krasnolud ma trochę racji, gdyż u nich z magią na bakier. W każdym razie jadąc sobie dalej był, tylko biernym słuchaczem, który starał wyłapać jakieś ciekawe niuanse albo historię jakie sam będzie, mógł opowiadać. W każdym razie dotarli na miejsce, gdzie mięli mieć naradę? Ork nie wiedział, co może do takowej wnieść, ale pewnie coś z niej wyciągnie zwłaszcza, że mają być tam wszyscy tak zwani "ważniejsi". Przyjaciel ogrów ruszył w miejsce obrad za pozostałymi, zasiadł w swojej ulubionej pozycji, czekając na coś?
Progan:
- Dziecko, żyjesz... - to były pierwsze słowa jakie Progan powiedział widząc elfkę. Wcześniej nie rozglądał się, nie chciał bowiem zauważyć braku Nessy. Bał się tego widoku, tego spostrzeżenia. Mimo jego niezachwianej wiary nie był gotowy by teraz, przed walką, dopuścić do siebie myśli o jej nieobecności. Objął elfkę i przytulił ją.
- Mi nic nie jest. Widać Zewola nie chce mnie jeszcze u siebie... Co z Tobą?
Gunses:
Słońce zaczęło chować się za górami, kiedy Gunses stanął przy rozkładanym stole, na którym rozłożył duży arkusz papirusu. Pokryty był on czernią i różnymi odcieniami szarości. Był kopią malowidła, które powstało przed laty, po wprowadzeniu Trójprzymierza. Przedstawiało Ostoję z Wielką Areną i górujący nad nimi Fort Numenoru. Patrzył chwilę na pergamin...
***
Rozbicie obozu w tych warunkach poszło szybo. ÂŁowcy z północy i Bękarty szybko nazbierali opału, udało im się też upolować dwa jelenie. Zostało im jednak przykazane, aby oprawili je głęboko w jaskini, zasypując krew piachem i ściółką - tak aby woń nie rozniosła się po okolicy. Nad ich głowami przeleciał kruk, zasiadł na krawędzi jednej ze skał i zakrakał trzykrotnie.
- Zły to omen... - powiedział ktoś z obozowiczów patrząc na czarne ptaszysko.
***
Gunses podniósł głowę, do jaskini wchodził właśnie Yarpen, za nim kroczył wielki ork. Zmierzchało, zmysły wampira wyostrzały się. A krakanie rozniosło się małym echem po jaskini.
- Jest. - wypowiedział
Lithan le Ellander:
Szukanie grupki śmiertelników na dalekiej Północy, w miejscu najbardziej nieodpowiednim dla grupki śmiertelników zdawało się być proste tylko z początku. Tutaj nawet natura odwróciła się od żywych, ustępując miejsca nieumarłym. Lithan szukał grupy samobójców, który już dawno weszli zbyt głęboko do jaskini lwa. Teraz, nie widać było za ich plecami nawet światła z zewnątrz... Zostało jedyne wyjście. Wejść do leża i zabić potwora. W tym ważnym dla wszystkich wydarzeniu Lithana nie mogło zabraknąć.
Przeczesywał Północ od kilku godzin, rozpościerając chmurę ptaków na kilka kilometrów. Patrzył ich oczami, aż odnalazł kompanię skrytą w rozpadlinach skalnych wielkiego masywu Itharu. Zatrzymał się, zakrzyczał trzy razy pozostałych. Po minucie już były. Sfrunął pikując niby chciał uderzyć w ziemię. Dwa metry nad nią uderzył w niego inny kruk. Potem uderzył kolejny i kolejne. Ponad pięćdziesiąt czarnych ptaków zbijało się w chmurę, z ich zderzeń leciał czarny dym i pióra, które nie zdążając spaść na ziemię również zamieniały się w czarny opar. Kocioł dymu i ptaków przyjął po chwili kształt i z mrocznego oparu wyszedł wysoki elf.
Yarpen aep Thor:
- Kto? Spytał, usłyszał krakanie... nadął się i zrobił czerwony ze złości, jego zaciśnięte pięści aż zbielały. Mógł się mylić, ale domyślał się że chodzi o... - Ten kurwi syn Lithan ma tu być!? Nie wierzył... Nie nawidził go całym sercem. Nie... całym sobą.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej