Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Na zachodzie bez zmian I
Narrator:
- No już... Vernon napił się wódki, otarł gębę i kontynuował. - Krótko po wojnie do Nardei przypłynął lekko uszkodzony statek, Nardea to większa wieś rybacka w Omas. Zdolna przyjąć kogę czy bryg. Mieli banderę jakiegoś "księstwa". Na pokładzie był kapłan i 50 uzbrojonych ludzi. Samotni ÂŁowcy, płytowe zbroje i broń z wysokiej półki. Kapłan zaczął opwiadać o nowym bogu, Mścicielu. Mniejsza o mitologie. Ludzie to kupili, kapłana Zartata utopili za herezje. Kult się rozrastał, i tu zaskoczenie. Głoszą tolerancję rasową. Co prawda spalili dwoje wampirów, ale za bluźnierstwo. Zaczęli napadać na konwoje z kopalni srebra, z Ekkerund... tym zwrócili moją uwagę. Rekrutują ludzi i odpływają... gdzieś. ÂŚmierdzi piractwem i niewolnictwem na kilometr. Dlatego szukałem ciebie Merith, jestem w drodze do stolicy, ale jak widać ty już wiesz coś.
Rikka Malkain:
Rikka wysłuchała relacji Vernona bez słowa. Najbardziej zaciekawił ją ten fragment o kradzieżach srebra. Jeśli to robota tego na kogo stawiają, to raczej nie chodzi tutaj o pieniądze. Wszak ten cały Torreno ukradł już z Ekkerund dosyć metali szlachetnych. Wszystko to było mocno podejrzane.
-Zabierają gdzieś ludzi i srebro? To „gdzieś” znaczy pewnie „na Doral”. Tylko skąd wtedy księstwo?
Powiedziała Vernonowi czego się domyślali, bo wyglądało na to że przyjdzie im działać po tej samej stronie. Jakiś cichy głosik podpowiadał wampirzycy, że na tej wyspie szykowało się coś naprawdę dużego. Dla osoby mającej podłe i daleko idące plany trudno było o lepsze miejsce do knucia niż to siedlisko piratów. ÂŻadnej władzy, żadnych pytań, żadnych problemów. No i jeszcze coś. W świecie, w którym liczyła się tylko siła i ilość posiadanych monet, mając dość pieniędzy i zwolenników można było zrobić praktycznie wszystko. Ciekawość gryzła rudowłosą coraz bardziej. Zmrużyła oczy i zabębniła na stole swoimi białymi palcami. Nagle naszła ją straszliwsza ochota na picie i nie chodziło tutaj o wódkę. Cóż, zagadki wzmagają apetyt!
Egbert:
Egbert siedząc przy stole razem z innymi w dalszym ciągu nie pił trzymając się swoich zasad, ale żeby jakoś dotrwać do momentu kiedy podadzą jedzenie przegryzł sobie kilka ogórków. Słuchał. Dla niego najciekawsze w tych rewelacjach było to, że jakieś obce siły mieszały się w sprawy Valfden. I z całą pewnością nie robiły tego w dobrej wierze. Wielkie wojny wybuchały już z powodu bardziej błahych spraw, tyle że najpierw ktoś musiałby udowodnić, że za tym wszystkim rzeczywiście stoi jakiś zamorski kraj. Mężczyzna podrapał się po gęstej, chociaż niedługiej brodzie i sięgnął po kolejnego ogórka. Mimochodem zerknął na broń wiszącą na każdej ze ścian. Ten kto ufundował tą gospodę musiał mieć naturę wojownika. Najemnik stwierdził w myślach, że na pewno szybko znaleźliby wspólny język.
Narrator:
- Cóż... jest pewien trop. Pewien kapitan widział podobny herb na jednym ze statków w Atusel. Należy do Vrih, to nowe państewko powstałe po wojnie. Chyba. Powiedział i w tym samym czasie podano jadło, sporych rozmiarów pieczonego dzika, ziemniaki, zestaw sosów i sałatę. Dwa antałki piwa też były, i czernina dla Rikki. A właściwie talerz ciepłej krwi z makaronem, sprytnie udający ową zupę.
Ashog "Stalowa furia":
Ashog milczał, nie miał nic do powiedzenia. On był tutaj od ewentualnego rąbania, od myślenia był kapral, i uroczy rudzielec. Szeregowiec nalał sobie piwa, nałożył ziemniaki i kawał mięsa. Całe żebro dokładnie. Wszystko oblał sosem. Ciekawili go ci ÂŁowcy, zdawało mu się że już słyszał tę nazwe.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej