ÂŁucznik skazany na łaskę brodacza, przemówił. Właściwie nic ciekawego mu nie powiedział poza tym, że mają jakiegoś szefa. W sumie to się może przydać, ale bardziej potrzebna, by była lokalizacja w jakiej się znajdował. W każdym razie krasnolud zabrał głos. - A mogłeś mieć chociaż jeden dobry uczynek na koncie, ale cóż twój wybór..... Tutaj zaniemówił i podniósł do góry swój młotek, aby zatrzymać obuch, przed samym nosem człowieka, który zdziwiony tym zachowaniem mógł powiedzieć "chuj" w stronę paladyna, ale na głos tego nie powiedział! - Masz szczęście, że mam dobry humor pomimo oberwania w głowę. Zabieram ciebie na okręt tam podyskutujesz z kim trzeba. Skończył brodacz zabierając młot, ale nadal trzymając na ręce łowcy swój płytowy but. Dlatego, że najpierw telekinezą wyciągnął sztylet, odrzucając go na 20 metrów, potem pozbył się kołczana w ten sam sposób, żeby człowiek nie miał głupich pomysłów zabijając się grotem. Następnie na sam koniec odłożył tarczę i dobył muszkietu, który na spokojnie załadował, bo miał wszak dużo czasu. Dopiero mając już wszystko gotowe, namierzył człowieka i kazał mu wstać. - Jeden krok w bok i kula w łeb człowieczku. Ostrzegł jeszcze jeńca, ale żałował, iż nie ma on żadnego sznurka, gdyż by związał mu ręce. Jednak kanclerz miał w sobie nadzieję, że ów człowiek nie zrobi niczego głupiego. - Na początek pójdziemy w kierunku tego dymu. Ruszaj! Rozkazał i powoli, wyłonili się na główny plac, gdzie wszędzie był gruz. W myślach zastanawiał się czy Marduke sobie poradził, więc nie rozważając długo, skupił się na celu, który był nim łowca. Muszkiet był gotów w każdej chwili do strzału, a krasnoluda palec świerzbiał nie na żarty! Także powoli zmierzali ku dymowi.