Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Pomocna dłoń dla Zuesh

<< < (101/109) > >>

Narrator:
Połączone siły Valfden i Zuesh ponownie odparły któryś tam już atak w historii. Teraz tylko pojedyncze konie biegały po obozie.  Jednak walka się nie skończyła. Bowiem zanim zdążono zamknąć bramę, proces ten przerwało paru orków, którzy za pomocą toporów porządnie uszkodzili bramę. I wbiła kolejna fala przeciwników. Tym razem nadciągały ich całe tabuny.

14x Wściekłe orki
20x Piechota gorszego sortu
10x Cwaniaczki z kuszą i w kolczudze

Zaidaan:
Po dłuższej chwili potyczka z wkurwiającymi konnymi łucznikami dobiegła końca i ziemię zdobiły porozcinane ciała i gdzieniegdzie jakieś przepalone magicznym pociskiem przez jakiegoś brodatego krasnoluda, który musiał większości zgorszyć zapach, bo raczej smród jaki powodowały spalane wnętrzności nie należał do najprzyjemniejszych. Emerick próbował to jakoś zignorować, jedynie go smuciło, że już ubili całą resztę wrogów i nie ma w co strzelać. Ale nic bardziej mylnego! Oczywiście kunanie, którzy męczą się z zamykaniem bramy po wparowaniu łuczników do teraz, nie skończyli tej jakże ciężkiej operacji przez co brama dalej była otwarta. Piechota wroga głupia i upośledzona jak zamykający bramę kunanie nie byli i wparowali z impetem do środka obozu w krwawym szale i chęcią mordu. Gdzieś biegały jakieś orki, tu jakieś krasnale latały z młotami, a gdzieś jeszcze chichotały cwaniaczki z kuszami, z których chętnie zaczęli korzystać. Emerick siedział przez jakiś czas na swoim stanowisku strzeleckim i czekał na jakiś odpowiedni moment do perfekcyjnego strzału. Cierpliwość jak wiadomo popłaca i tym razem też popłaciła, bo gdy głupia masa rozpierzchła się bardziej żeby zacząć jakoś walczyć to pod celownik Hetmana znalazł się jakiś samotny cwaniaczek z kuszą, który pewnie też szukał dobrego stanowiska strzeleckiego, podobnego do tego co ma teraz Emerick. Za długo się nie narozglądał bowiem pewien bełt wypuszczony z kuszy Hetmana pofrunął z niewyobrażalną prędkością i niczym błyskawica przebiła się przez kolczugę i zaczęła nieść pogrom niszcząc płuca i serce. Dwa najważniejsze organy człowieka. Kusznik upadł zaraz na wznak na ziemię informując o natychmiastowym zgonie. I wszystko byłoby super i wspaniale gdyby nie to, że gdy Emerick ponownie zaczął ładować kuszę to za jego plecami rozległ się jakieś dziwne, krasnoludzkie darcie ryja. Podczas obracania się myślał, że to Kiellon, który walczy z jakimś jegomościem, jednak prawda okazała się zgoła inna. Krasnoludem drącym ryja okazał się jakiś piechociarz wroga, który szarżował na Emericka z uniesionym młotem do boju. Hetman w ostatniej chwili odskoczył na bok unikając młota na swoim łbie i odstawił ponownie kuszę na bok żeby zając się niehonorowym przeciwnikiem, który atakuje w plecy. Właściwie teraz można by się zastanowić czy strzelanie z kuszy też jest niehonorowe, bo z takim się w ogóle walczyć nie da, ale to temat na kiedy indziej. Wracając do walki krasnoluda z Bękartem... Brodacz musiał zacząć hamować, bo jak się okazało, że jego cel spierdolił na bok unikając tego potężnego ciosu. Emerick wyciągnął swój miecz i już tylko czekał na kolejny atak ze strony krasnoluda. Kurdupel jeszcze bardziej rozwścieczony  podbiegł do wroga i zamachnął się z boku żeby jak bogowie dopomogą zmiażdżyć żebra człowieka. Jednak bogowie nie dopisali bowiem cios został zablokowany przez miecz Emericka, a ten szybko wyprowadził kontratak odcinając trzon od obuchu młota. Można by powiedzieć, że został rozbrojony, ale tak nie za bardzo, bo miał jeszcze ten swój puklerz, lecz chyba krasnolud nie zdążył się jeszcze zorientować, że jego młot został pozbawiony życia. Emerick natychmiast zaszarżował sobą na krasnoluda odpychając go do tyłu, a w pewnym momencie ułatwił sobie życie i rozciął kolano i kawałek uda brodaczowi swoim stalowym mieczem. Kurdupel Chwycił się za ranę, a Hetman dając już sobie z nim spokój po prostu cięciem zamachowym rozciął łeb krasnoluda docierając do mózgu i tam go jeszcze siatkując. Emerick następnie odpychając bezwładne ciało kopniakiem wyciągnął miecz ze łba i wrócił do swojego stanowiska gdzie po raz kolejny zaczął ładować kuszę do ubicia kolejnego brzydkiego przeciwnika.

//: Pozostaje

25xÂŻelazny bełt

14xWściekłe orki
19xBiednej piechoty
9xCwaniaków

Marduk Draven:
Atak piechoty zaskoczył paladyna, który odjechał koniem gdzieś, gdzie klacz byłaby bezpieczna i przywiązał ją. Pogłaskał na uspokojenie i z juków dobył miecza ze srebra, swego Inkwizytora. W prawą dłoń zaś szablę. I ruszył do boju. Wpierw zaatakował go krasnoludzki gorszo-sortownik. Niski woj zaatakował młotem od boku, chcąc zmiażdżyć żebra Marduke'a. Paladyn jednak nie dał się łatwo i zablokował srebrną klingą, po czym ciął szablą od góry, w głowę. Krasnolud jednak zasłonił się puklerzem, na co rycerz Zartata odpowiedział kopniakiem w twarz, po czym natychmiast ciął od lewego boku do prawego srebrnym ostrzem, które rozcięło szyję suczysyna z brodą. Ten padł, łapiąc się za ranę.
Paladyn szukał tak chwilę przeciwnika, aż on znalazł jego. Wielki ork zaszarżował na niego, rąbiąc dwoma toporami na raz. Jednak Draven uchylił się w porę w bok, na co zielonoskóry machnął jednym toporem, chcąc zdekapitować rycerza tym razem się jednak odsunął w bok, po czym natychmiast ciął szablą po drzewcu broni orka, niszcząc ją. Zdenerwowany ork ciął od góry, celując w plecy, paladyn jednak uskoczył na bok i ciął srebrną klingą po ręce wroga, odcinając ją przy nadgarstku. Ork zawył z bólu, lecz nie mógł już nic zrobić, gdy klinga z czarnej rudy rozcięła szyję orka, ten padł na ziemię martwy. Draven wyczekiwał wrogów.

Nawaar:
Krasnolud myślał, że już odpocznie od tego wszystkiego i może zdąży załadować muszkiet, ale się mylił, bo chwila spokoju pozwoliła mu jeno otrzeć pot z czoła. Brama nadal nie została dostatecznie zamknięta, co skutkowało wtargnięciem dość sporawej ilości przeciwników bez problemów, której stanowili orkowie, ludzie i krasnoludy! Kiellon nie mógł uwierzyć, że przyjdzie mu mierzyć się ze swoimi braćmi krwi! Posmutniał z tego powodu, że jako rasa dała się kupić jakimś bandytom. Wstyd i hańba, ale teraz nie mógł nic na to poradzić.
   Paladyn wkurwił się na poważnie, ale nim zawalczy z braciakami to najpierw wyeliminuje orków, bo to maszyny do zabijania i na takiego jednego może przypaść dwóch rycerzy albo trzech kunan tak na oko. Dlatego brodacz wolał ich wykończyć na dystans, więc pobrał energię magiczną wraz z przyjemnymi doznaniami z rodzinnej góry i wypowiedział inkantacje pocisku esencji. - Izehsar! W dłoni wojownika Zartata pojawiła się kula bladej energii, która raczej miała odbierać życie nieumarłym, ale tym razem było inne jej przeznaczenie. Krasnolud oddziaływał na swój magiczny pocisk za pomocą telekinezy, i przy jej użyciu posłał ją w bój. Pocisk magiczny powędrował w pole walki i na spokojnie mógł, wycelować w wielkiego zielonego skurczybyka, bo jakoś najwięksi i wyróżniający się z tłumu, więc dotarcie kuli puszczonej górą musiała być bezbłędna. Pocisk był już, przy orku, ale bydlak się zorientował, co się kroi i próbował zbić czar swym toporem, ale krasnolud pozostawał czujny i obniżył zaklęcie, zręcznie omijając topór i natychmiast go nakierowując na ciało przeciwnika. Energia magiczna wypaliła ładną dziurę w brzuchu orka, który opuścił jeden topór, lecz drugim z racji takich właściwości bojowych jeszcze wymachiwał dopóki, wypalone organy wewnętrzne dały o sobie znać i kupa mięcha padła bezwładnie na ziemię. Jednego śmierdziela mniej. Teraz ponownie zebrał resztki energii i pozytywne emocje, i ponownie wypowiedział inkantacje pocisku esencji znaną całemu światu. - Izeshar! Kula znów zawitała w dłoni brodacza, którą natychmiast posłał na kolejnego orka. Pocisk znowu przemierzył słoneczny teren, omijając walczących rycerzy i pospólstwa kunan i tym razem, trafił w nieświadomego orka, który był zajęty walką z rycerzami. Pocisk dosięgnął pleców orka i wypalił mu skórę wraz z kręgosłupem. Wojownik nie był wstanie tego wytrzymać i padł na ziemię w bezdechu, tak właśnie wyeliminował dwóch zielonych wojowników bez brudzenia sobie rączek.
    Kiellon wiedział, że tego nie uniknie i musiał się jednak zmierzyć ze swoim ludem, co mu się nie podobało. - Braciaki! Wstyd wam i hańba! Poprawił zbroje, dobył młota, bo tarczę miał cały czas w ręku. Następnie ruszył w gromadę swych braci, ale na początek wyskoczył zaledwie jeden. W sumie byli tacy sami, gdyż ta sama budowa ciała, wzrost to musiało im się dobrze walczyć. Przeciwnik zaczął pierwszy swym młotem, na co Kiellon odpowiedział blokiem swej tarczy, która oddała głuche metaliczne odbicie. Teraz kanclerz się zamachnął wykorzystując to, że jego brat krwi szykował się do kolejnego uderzenia. Kiellon zamachnął się z prawej do lewej na głowę oponenta, ale ten zręcznie zablokował atak tarczą. Wyszła patowa sytuacja, bo nijak nie mogli się przebić przez swoje obrony. Dopóki po takiej wymianie paladyn przyjął atak na tors! Zbroja sukcesywnie zatrzymała obuch młota, ale sprawiło to, że Kiellon się nieco cofnął tak ze dwa kroki, ale szybko się pozbierał i machnął młotem z góry na dół trafiając w rękę swojego przeciwnika. "Zły" brodacz upuścił swoją broni, gdyż złamane palce się do niczego już nadawały, ale nadal choć w krzyku szczelnie się zasłaniał, jednakże Kiellon nie zamierzał się już bawić i podciągnął młotek wyżej, żeby pętelka doczepiona mogła się na coś przydać i zawisnąć na dłoni, kiedy paladyn sięgnął po pistolet. Broń palną miał już w ręku i wojownik, Zartata pchnął swojego oponenta tarczą, co lekko go zachwiało i odsłoniło na moment brzuch! Krasnolud wykorzystał to i natychmiast wypalił z "Miłosierdzia". Kula przebiła się przez kolczugę i odłamki posiekały jego wnętrzności, ale drań nadal żył choć opuścił tarczę i był na klęczkach. Kanclerz szybko schował muszkiet i dobył pewnie młota. Paladyn następnie zrobił obrót i uderzył swojego brata krwi prosto w potylicę kończąc jego żywot już na zawsze. Czacha roztrzaskana a brzuch poszatkowany nie było co zbierać!
Kiellon następnie cofnął się i za tarczy wykrzyczał. - Oto nadchodzi czas, kiedy brat przeciwko bratu staje! Mam krew swoich na rękach. Powiedział do wszystkich i czekał aż się reszta na niego rzuci w myślach wrócił na chwilę do rozmowy z matką, gdzie obiecał, że nie będzie przelewał krwi swoich rodaków. Wybacz matulo!

Pozostaje :

10 żelaznych naboi

11xWściekłe orki
17xBiednej piechoty
9xCwaniaków

// Odjąłem od razu tych co ubił Marduke!
       
 

Evening Antarii:
Anielica długo się w sobie zbierała, by w końcu zacząć działać. Czuła w sobie dziwną niemoc czy niechęć... Być może po incydencie na statku, kiedy to została przez własną bezmyślność postrzelona w ramię. Jak jakiś pokraczny gołąb. To wyobrażenie budziło w niej sprzeczne emocje: od rozbawienia do uczucia współczucia wobec samej siebie. Nie chciała drugi raz popełnić tak głupiego błędu, dlatego chwilę zajęło jej zorientowanie się w sytuacji, wymyślenie jakiegoś sensownego planu, a już sukcesem byłoby dla niej, żeby nie oberwać. Zasiedziała się dziewczyna w tej swojej willi, zamiast walczyć wylegiwała się na słońcu na tarasie, popijała winem, a służba przynosiła kolejne przekąski... Najwyższy czas się obudzić.
Anielica przywiązała swoją szkapę do drewnianej belki. Tiara, przyzwyczajona do ekstremalnych warunków, nie dawała po sobie poznać, że się stresuje. Jednakże lepiej było ją przywiązać, na wszelki wypadek. Gdy Evening to uczyniła, wzbiła się wysoko w powietrze, ogarniając cały teren z wysokości stu, może stu pięćdziesięciu metrów. Krążyła nad polem bitwy szukając jakiejś zbitej grupki przeciwników szarżującej na obóz kunan. Nie miała dla nich skrupułów, dlatego będąc jeszcze wysoko, skoncentrowała się na pozyskaniu energii Zartata. W dłoń chwyciła także swój kiścień. Koncentrując wzrok na miejscu gdzieś metr nad głowami czterech orków, przemieściła się tam i będąc trzy metry nad ziemią, opadła gwałtownie kilka centymetrów przed nimi. Zdezorientowani, nie zdążyli zrozumieć co się właśnie stało, choć być może chwilę wcześniej widzieli szybującą anielicę, to nie potrafili przewidzieć jej przemieszczenia dokładnie przed ich twarze. Antarii wiedziała, że ma tylko ułamki sekund, by z łaski boga uczynić spustoszenie w oddziałach wroga. Anielica zaczęła obracać się wokół własnej osi. Wyciągnięty kiścień wirował razem z nią, ciął, uderzał i wbijał się we wszystko, co pojawiło się w jego zasięgu. Broń haczyła i rwała skórę orków i ich pancerze, nie zwolniła jednak ani na minutę, a dziewczyna, zostawiając za sobą ślad w postaci krwawej masakry, pooranych kolcami kiścienia twarzy, poobijanych narządów wewnętrznych, mknęła przed siebie w linii prostej, zostawiając za sobą ścieżkę z poległych. Jedynie krasnoludy umykały przed tym tornadem... Niskie, krępe, zdążyły się oddalić. Jednak orkowie, choć wielcy i ciężcy, na dodatek tak dobrze uzbrojeni, nie umknęli już przed śmiertelnymi ciosami wirującej broni. Podobnie z cwaniakami, którzy napatoczyli się pod koniec ataku anielicy. Gdy się zatrzymała, poczuła zmęczenie, a z kiścienia ciekła krew i odpadł jakiś kawałek mięsa. Ciężko było nawet określić z jakiej części ciała... Zapewne twarzy, szyi czy ramion, gdyż na takiej wysokości wirowała jej broń. Evening po tym ataku odbiła się, zamachnęła skrzydłami i wróciła na pozycję obserwacyjną. Nie na długo jednak... Już zaraz znów miała spaść na to pole walki i zacząć zadawać kolejne śmiertelne ciosy przeciwnikom Zuesh i Valfden.


//Themo, lepiej ty określ ilu mogłam zabić tornadem pożogi.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej