Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pomocna dłoń dla Zuesh
Nawaar:
Kiellon tak jak się spodziewał nic nie usłyszał od kunania, czyli go nie rozumiał w ząb! Do tego chyba za bardzo nie polubił krasnoluda, ale to z wzajemnością. Klaakier nawet przyjacielsko pogłaskać się nie dał i powoli znowu przypomniał zwykłego dachowca, który ma się za pana tutaj! Te koty zaczynały go denerwować. -E, jak jest w waszym języku przepraszam oraz zaprowadź mnie do matki? Zwrócił się do dorosłych kunan dla kanclerza te słowa miały znaczenie, bo może gówniarz zaprowadzi do miejsca pobytu reszty jego cholernej rasy! W międzyczasie jeniec opuścił kajutę kapitańską i to bez jednego ucha. Krasnolud wiedział już co go czeka, kiedy zobaczył linę w rękach dwóch rycerzy. - Powieszenie, a mogli dać go mnie i rozstrzelać. Mniej roboty a do tego taki akt łaski dla skazanego. Naprawdę szkoda, ale takie rozkazy. Wzruszył ramionami i odłożył muszkiet, bo teraz już wiedział, że nie będzie potrzebny, potem powrócił do słów Eve, które miały sens, gdyż lot mógł sprawić, że się szybciej odnajdą. - W sumie lot nie jest złym pomysłem, zwłaszcza z miksturą niewidzialności. W sumie można spróbować. Wyraził swoją opinię i czekał dalej na odzew dwóch kunanów.
Zaidaan:
Wyrok już zapadł. Dwójka żołnierzy zabrała jeńca i znikła z kajuty, mimo to już na samym początku łucznik zaczął się szarpać i zdeterminowany próbował ucieczki. Niestety dla niego, nie udało mu się. Widocznie jak rycerze nie puszczą skazańca to sam się nie uwolni, ale walczył do końca. Nawet stalowa rękawica nie potrafiła go uspokoić, był już zbyt zdeterminowany by odpuścić. Emerick trochę żałował, że nie zobaczył egzekucji, ale jeszcze przed nim wiele więcej takich widowisk. Ale grzecznie wysłuchał Thema. - Gdy uwalniałem tamtą dwójkę kunan to chwilę z nimi porozmawiałem. Wypytałem ich o położeniu ich ruchu oporu, albo przynajmniej większego obozu. Wiedzą jedynie, że teren działań ich partyzantki jest gdzieś na wschód od miasta. Niestety nie wiedzą gdzie dokładnie, już trochę w niewoli spędzili, a ich towarzysze są w ciągłym ruchu. Raz są bliżej miasta, raz dalej. Ale przynajmniej wiemy mniej więcej gdzie zacząć poszukiwania. Ale oni mogą się przydać jako przewodnicy, a takich nam potrzeba. Sami się na tych stepach pogubimy i jesteśmy bardziej narażeni. - zrobił chwilę przerwy by zebrać słowa. - Jeszcze z nimi rozmawiają członkowie Bractwa, jak i sama panienka Evening. Może się czegoś nowego dowiedzieli. Ale ja już może niech lepiej się nie pokazuję anielicy, albo przynajmniej nie przebywał zbyt blisko. Widocznie musiałem ją czymś urazić, tylko niestety nie mam zielonego pojęcia co mogłem zrobić źle. Uczepiła się jeszcze moich żołnierzy, ale nie jestem pewny o co może chodzić. No nic. - wzruszył ramionami, bo już nie miał sił żeby się kłócić z anielicą o jakieś nieistotne rzeczy.
Evening Antarii:
-Zwyczajnie poczekajmy na rozkazy- stwierdziła. Nie chciała robić nic na siłę. Evening oderwała wzrok od kotka i krasnoluda. Jeden wpatrzony w drugiego z czystą nienawiścią. Niecodzienny widok. Jednak prowadzony na śmierć skazaniec zrobił na niej większe wrażenie. Poczuła oburzenie, aż poderwała się z miejsca, na którym dotąd sobie gawędziła. Z niepokojem obserwowała tę scenę przygotowywania lin i podestu. Głowę miał całą we krwi, która broczyła z miejsca, gdzie powinna znajdować się małżowina uszna. Anielica za wściekłością zacisnęła szczęki. Została postawiona przed faktem dokonanym, mimo tego ten okropny czyn mocno ją rozeźlił i zbulwersował. Szła powoli w kierunku prowizorycznej szubienicy, na którym miał zawisnąć jeniec. Na twarzy Antarii malowało się niedowierzanie pomieszane z bólem, jakby odczuwała jakąś część tego, co czuł mężczyzna prowadzony na śmierć, choć przecież nic jej się złego stać nie mogło... Zatrzymała się kilkanaście metrów od żołnierzy prowadzących chłopaka.
-Dowiedzieliście się chociaż czegoś?- z trudem wydusiła z siebie pytanie. Brzmiało, jakby brzydziła się je zadać.
TheMo:
-Poole, jeśli chcesz go przeprosić. Z kolei o drogę do mamy pytasz się tak: Kak hu yake mama nija.
Po krótkiej lekcji kunańskiego również popatrzył w stronę jeńca prowadzonego na prowizoryczną szubienicę.
-Powieszenie? Litościwy ten wasz dowódca.
-Gdyby tylko dostał się w moje pazury...
Odparł w końcu drugi kunanin, do tej pory milczący. Ukazał tym samym swoje ubytki w kłach, które są jedną z naturalnych broni tej rasy. W jego niskim głosie czuć było złość i nienawiść w stosunku do bandytów.
Jeniec już stał na beczce i miał założoną pętlę na szyi. Zostało tylko wykopać podest spod jego nóg, by zakończył żywot, jednak Evening przedłużyła jego życie o kilka chwil.
- Mało, lady, to zwykła płotka. Jedynie to, że zajmują się przemytem i handlem niewolnikami na szeroką skalę. I mają główną siedzibę w Hesperos.
Themo sięgnął do sakiewki przy pasie, gdzie miał paczkę ze skrętami. Włożył jednego do ust, a następnym poczęstował hetmana.
-Kobiety. Ich nie zrozumiesz. Czasem wystarczy, że zaczniesz oddychać tym samym powietrzem.
Odpalił skręta od świeczki znajdującej się na biurku.
-Wschód wyspy? Ciężko będzie ich znaleźć w tych trawach. Ale próbować warto.
Marduk Draven:
- Zemsta nie jest dobrą drogą.- odrzekł kunanowi.- Uwierz mi, nie jest. Kiellon, zasłoń oczy temu małemu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej