Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pomocna dłoń dla Zuesh
Evening Antarii:
Evening dopiero po tylu latach dowiedziała się co to znaczy być naprawdę zranionym. A przecież nie raz walczyła z przeciwnikami o wiele gorszymi niż morscy rabusie. Czuła się podle. Do tego całego bólu fizycznego dochodził jeszcze ten psychiczny... Jak można było być aż tak nieostrożnym?
Na szczęście nie została pozostawiona sama sobie. Dobrze było mieć kogoś, kto chociażby spyta czy boli. Bolało bardzo. To było oczywiste.
Podniosła tępy wzrok na Marduke'a. Nic nie mówiła, bo ciężko było jej skupić myśli. Dała się podnieść, choć wtedy ból wzrósł jeszcze bardziej. Ale tylko chwilowo. Ręką, która jej nie bolała, chwyciła Marduke'a wokół szyi i oparła głowę o jego ramię. Nie miała siły na nic innego. Może była aniołem, ale cierpiała jak cierpiałby każdy inny człowiek.
Czuła jak ciepła krew spływa po jej plecach. Zwykłe draśnięcia goiły się na niej w kilka minut, to było jednak coś poważniejszego. Może ucierpiała też kość?
-Nie wiem, czy chciałabym wyglądać na obrazie jak przetrącona mewa- wysiliła się na uśmiech, który w ułamku sekundy przekształcił się jednak w grymas. Antarii zacisnęła szczęki, powstrzymując się od jakiegoś beznadziejnego jęku.
Marduk Draven:
Trochę żałował, iż ma na sobie blachy. Kompletnie nie czuł przez nie ciała anielicy, jej ciepła i miękkości. Odgonił szybko od siebie myśli. Choć włosy anielicy pachniały bardzo ładnie, a ona wydawała się lekka jak piórko. Takie same jak na jej skrzydłach.
- ÂŁadna przetrącona mewa.- powiedział z lekkim uśmiechem. Poczuł się zaraz głupio z tym. Bardzo.- Bardzo boli?- zmienił temat.
Themo się coś nie śpieszy...
Evening Antarii:
-Da się przeżyć, gorzej będzie przy wyciąganiu kuli...- gdy o tym pomyślała, na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Niby nieustraszona anielica, a teraz czuła się jak mała dziewczynka. Bezbronna. Wszak nie chciała wystawiać swojej anielskiej regeneracji na próbę. Eve nie miała pojęcia, co może się stać w wypadku, gdy kula zwyczajnie zarośnie. Miłe powitanie przygotowało jej to ulubione Zuesh...
Antarii na chwilę przymknęła oczy. To pozwalało jej odgonić myśli od rany postrzałowej. Od czasu do czasu ze zranionego miejsca rozchodziła się fala bólu, ostrego, ale chwilowego. Czuła, jak tamto miejsce pulsuje, jak krew powoli, acz systematycznie, cieknie gdzieś po skrzydłach brudząc je szkarłatem.
-Straszny wstyd, no nie?- znowu spróbowała się zaśmiać, choć prawie przez łzy.
Marduk Draven:
- Dasz radę. Mogę Ci towarzyszyć przy tym, jeżeli chcesz.- odrzekł z uśmiechem. Wyobrażał sobie jaki czuła ból Antarii. Pamiętał dobrze, jak jeszcze jako rekrut przez swoją głupotę dostał bełtem w ramię. Albo jak kreshar wgryzł mu się w łydkę. Albo jak zębacz poczęstował jego plecy pazurami, lub gdy Frost uderzył go tym prętem, a Rey... Rey skończyła jak skończyła. Z rozważań wyrwała go szefowa.
- ÂŻe trzymam najładniejszą kobietę w Bractwie? Nieee...- dodał. I znów palnął coś głupiego. Ugryzł się w język. Niestety za późno.
TheMo:
Gdy tylko Kiellon usłyszał o rannych kazał przynieść swoje zestawy medyczne. Po chwili pojawił się marynarz z pożądanymi przyrządami.
-Dajcie ją tutaj. Delikatnie.
Rzekł szykując przyrządy.
W tym czasie Emerick wszedł do kajuty kapitana. Tam był standardowy wystrój. ÂŁóżko, półka, biurko i skrzynka rumu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej