Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wakacje pod palmami
Nawaar:
Krasnoludowi muszkiet nie wypalił! Cóż za strata dla walczących a on sam nie wiedział, co począć wtedy przez powstały szok znieruchomiał, trzymając w rękach nadal swoją broń palną, która pierwszy raz go zawiodła, a zabił ją kilkadziesiąt demonów. Kiellon dopiero co składał swoje myśli, ale było już za późno na reakcje, gdyż sprytny drzewiec zdążył zapuścić korzenie, którymi ładnie wiercił w podmokłym terenie, brodacz będąc jeszcze nieświadom tego został obalony na ziemię i niestety jego ciało ucierpiało, przez jeden z korzeni. Jednym słowem porażka na całego, lecz po chwili poczuł ból w nodze pierwsza jego rana wojenna choć z marnym przeciwnikiem. Anielica nie wiadomo dlaczego podleciała do rannego, lądując tuż obok krasnolud wtedy rzekł.
- Będzie dobrze to jedynie rana powierzchowna.
Mówił ignorując ból jak go nauczyli podczas szkolenia w bractwie. W międzyczasie Marduke rozprawił się z przeciwnikiem kończąc jego żywot na dobre już. Strażnik lasu uda się na wieczny spoczynek do Ventepi. Kiellon podniósł się lekko, kulejąc, ale chodził to było najważniejsze nikogo z braci zakonnych nie będzie spowalniał ani nie narobi więcej problemów.
Evening Antarii:
Mnogość ciosów jakie otrzymał drzewiec była przytłaczająca. Pod naporem wreszcie uległ, tak pokaleczony i spalony nie miał już szans, nawet jeśli chciał jeszcze się bronić. Wokół leżały drzazgi, wióry, gałęzie, liście, grubawe larwy. Wszystko to wymieszane w błocie, brudne. Przeciwnik wreszcie znieruchomiał. Ucichło.
-Kiel, co z twoją nogą?- anielica nie wiedziała, czy krasnolud został mocno ranny, czy nie. Lepiej zapobiegać, dlatego znalazła się szybko przy nim, by w razie czego nieść pomoc. Wszak nie chcieli nikogo stracić po drodze. -Czym dostałeś? To przez te korzenie? Cholera, takie próchno... Wybaczcie, nie wiedziałam, że przewrócone drzewo na trakcie może stawiać taki opór...- spojrzała na resztę przepraszająco. Ale kto by się spodziewał? Szczególnie, że drewno było mocno zgniłe.
Marduke w tym czasie zauważył gdzieś między bambusami ładny, miękki pancerz. A później resztę. Nadgniłą i objedzoną przez robaki głowę, ręce... Był to trup młodego mężczyzny.
Nawaar:
- Dostałem korzeniem w nogę, ale to nic poważnego jedynie krwiak.
Stwierdził po, wcześniejszym obejrzeniu rany. W końcu rycerz nie będzie się mazał, przy starszej rangą do tego nieśmiertelną, która mimo wszystko chciała pomóc, co docenił wewnątrz siebie. Krasnolud powstał chowając swój muszkiet, by potem zebrać resztę ekwipunku, rozwalonego na całym polu walki. Teraz dziwnie chodząc, bo krwiak był dość upierdliwy, musiał jakoś ignorować ten dokuczliwy ból. Brodacz cały mokry od deszczu, nawet nie zamierzał ładować muszkietu na nic, by się zdała taka czynność w taką pogodę. W sumie czekał, przy swoim koniu na rozkaz do dalszej podróży albowiem walka się zakończyła a droga jeszcze daleka.
Marduk Draven:
Draven otarł o opończę swą szablę i schował ją do pochwy przy pasie. To samo uczynił ze sztyletem, który powędrował do cholewy buta. Obejrzał się na Kiellona i Eve, aby upewnić się, że wszystko z krasnoludem dobrze. Gdy to jednak robił, jego uwagę przykuło coś całkowicie innego.
Podszedł do bambusów, aby ujrzeć że, jest to pancerz, no i nosiciel. Martwy, nadgniły i wyżarty przez robactwo. Kucnął, by się przyjrzeć.
-Poproszę do mnie na chwilę, mam tu "znalezisko". - oznajmił kompanom.
Evening Antarii:
-Będziesz żył, Kiel- oznajmiła nieco zadziornie Eve i ucieszyła się, że to nic poważnego. Gdyby złamała mu się noga, albo powstała jakaś rozległa rana, wtedy nie byłoby ciekawe.
Anielica zainteresowana podeszła do Marduke'a.
-Biedaczysko. Nawet ciężko powiedzieć kiedy to się stało. W dżungli wszystko tak szybko się rozkłada...
Marduke znalazł przy mężczyźnie tubę, a w niej list. Taki sam, jaki Eve przeczytała im w Kapitularzu z tą różnicą, że wzmianka była o trzech zaginionych gońcach. Ten był czwarty.
--- Cytuj ---Wielka Kanclerz Bractwa ÂŚwitu
Ogromnie mnie i moich podwładnych cieszy fakt, iż została pani szlachcianką ziem gminy Afes. Ufamy, iż dzięki temu nasz region zyska i rozwinie się na chwałę Zartata.
Dżungla pełna jest jeszcze demonich (i nie tylko) trupów. W tym klimacie nie ma sensu sprzątać ich ciał, gdyż las deszczowy wchłonie je szybko, tak, że nie pozostanie nawet ślad. Okradzione z co lepszej broni, trupy ludzi armii Meaneba leżą bezwładnie pożeranie sukcesywnie przez czerwie.
Samo nadmorskie miasteczko Saint-Eatinne, które swą nazwę swą wzięło od naszej twierdzy wybudowanej tu we wczesnych latach tworzenia się wtedy jeszcze wioski, boryka się z problemem innego pokroju.
Opisze pokrótce sytuację. Mag z tutejszych stron, Xytaris Staxarius, zniknął kilkadziesiąt lat temu, pozostawiając swą wielką twierdzę Aerilon na pastwę dżungli. Była to budowla potężna, o grubych murach, ale też przeszklonych dachach, nowoczesna, wzniesiona przy pomocy magii. Tubylcy z Polperro, niedalekiej wioski, uszanowali budowlę nie grabiąc jej i nie niszcząc, gdyż Xytaris był dobrym człowiekiem, troszczył się o ludzi, dawał im eliksiry na uzdrowienie, a jego obecność w okolicy dawała ludziom poczucie bezpieczeństwa. Wciąż czeka się na jego powrót, dlatego Aerilon, niegdyś potężny, teraz czeka na powrót właściciela. W nocy bije od niego fioletowa poświata. Jednostki straży odbywały wielokrotne podróże w tamto miejsce, jednak poszukiwania niczego nie dały. Chcemy wyjaśnić źródło światła i raz na zawsze stwierdzić, że Xytaris odszedł już na wieki.
Druga sprawa brzmi nieco banalnie, jest zupełnie jest jak historia z książek przygodowych. Z cmentarza wykradane są ciała, a raczej pojedyncze organy, ludzi znamienitych. Trudno nam wyśledzić złodzieja, gdyż musi to być osoba naprawdę sprytna i przebiegła. Postawiliśmy już przy brami dwóch rycerzy i sytuacja uspokoiła się.
Z przykrością informuję też o śmierci jednego z naszych dobrze prosperujących paladynów, Martina du Camp, zaledwie dwudziestopięcioletniego, świetnie wyszkolonego wojownika. Ze wstydem piszę o tym, że zamordowano go w naszej kaplicy, a ciało zniknęło... Zostały jedynie nieznaczne ślady krwi na podłodze. Jego zniknięcie zaś dostrzegliśmy dopiero po dwóch dniach.
Piszę ten list w pośpiechu. To już czwarta kopia tego tekstu. Mam nadzieję, że ten goniec dotrze do Raschet bezpiecznie, gdyż czterech poprzednich przepadło bez wieści.
Liczę na pomoc. Gdyby sprawa była błaha, zapewne rozwiązalibyśmy ją sami. Jednakże sądzę, iż należy przedsięwziąć nadzwyczajnych środków.
PS Jeśli zgodzisz się, Wielka Kanclerz, wysłać chociażby delegację kilku paladynów, przekaż proszę podróżnym, iż przez dżunglę nie podróżuje się w pełnej zbroi. Warto też wziąć sporo suchego prowiantu, gdyż nie sądzę, by ktokolwiek z was chciał jeść zupę z małpy (mimo wszystko dołączam przepis na odwrocie). Należy szukać potoków z czystą wodą, a w nocy nie podróżować, gdyż późnym popołudniem zaczyna się wielka ulewa i trwa do około północy. Później świeci słońce i panuje morderczy upał. Później znów ulewa. I tak w kółko. Kwestia przyzwyczajenia. Weźcie mocne konie o szerokich kopytach. Wozy mogą zakopać się na błotnistych traktach.
Z serdecznymi pozdrowianiami
Saint-Eatinne, Marcel de Nodier.
--- Koniec cytatu ---
Deszcz zaś nie słabł i nie zanosiło się na zmianę pogody.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej