Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Wakacje pod palmami

<< < (26/37) > >>

Gorn Valfranden:
- W porządku szefowo, ty tu rządzisz. Fakt, możliwe że w jakiś sposób Czarodziej pomylił zaklęcia czy coś i rzucił klątwę na samego siebie i ten zamek. Powiedział Paladyn i poszedł za Eve. Trafili do pomieszczenia, z dużym stołem z  prawdopodobnie egzotycznego drewna. Przy nim stało około czterdziestu krzeseł. Na końcu sali znajdował się kominek, a za nim dziwne ornamenty. Po przyjrzeniu się im Gorn zorientował się że przedstawiają  motywy roślinne, płaskorzeźby walczących postaci. - Co to? walczące postacie? Dziwne, nie wiem czemu ale mam przeczucie że powinniśmy być ostrożni. Rzekł Paladyn po czym dobył miecza i powoli szedł dalej obserwując okolice i przyglądając się dziwnym znakom.

Evening Antarii:
Kiellon i Marduke
- Dlaczego nie wcześniej... Bo rekrut, gdy się sprowadza do Bractwa, to bierze do dormitorium wszystko co ma. A w domu zostawia gacie na zmianę. Ot cała tajemnica- wzruszył ramionami Marcel. - Ale rzeczywiście... to spore niedopatrzenie- spojrzał na nich przepraszająco. Tak, cała ta sprawa to plama na karierze Marcela. Bardzo trudna do zmycia. Całe Eatinne żyje tym, co się dzieje.
- Panowie, a co z cmentarzem? Chcecie go odwiedzić? Do Kameliowej Róży będziecie mogli iść już sami, strasznie drogo tam, nie na moją kieszeń- spytał o plany.
- Emilia...Więc tak miała na imię...- zacharczał staruszek.- Nie wiedziałem o tych listach, przysięgam. Może mieli jakąś swoją skrytkę i tam wymieniali się korespondencją- zasugerował. Obraz syna bardzo się dla niego teraz zmienił.
- A może nie uległ jej, dlatego zginął?- rzekł Marcel na uwagę o "świętoszku". - Zabieracie panowie te listy ze sobą?- kiwnął na skórzany dziennik.
Eve i Gorn

Anielica nie dobywała swej broni. Znała siłę swych zaklęć, potrafiła szybko się na nich koncentrować, więc nagłe ich użycie nie było dla niej problemem.
-Hm... Tacy magowie nie mylą się ot tak. To zbyt błahe. W ogóle, możliwe jest rzucenie zaklęcia na samego siebie?- spytała, a echo wiernie powtórzyło. -Mi by się nigdy to nie zdarzyło. Prócz łask. Ale łaski to dobre zaklęcia. On parał się złą magią, tak mi się zdaje.
Gorn wypatrzył figurę jeźdźca siedzącego na koniu z mieczem w górze, która stała na kominku. Coś go bardzo korciło, żeby ją dotknąć, poruszyć.

Marduk Draven:
-Wy go weźmiecie, de Nodier. Jako dowód w sprawie, gdy dojdzie w końcu do procesu jej mistrza. - powiedział z wyższością przełożonego i wręczył dziennik podwładnemu.-Gdy wrócicie z cmentarza, pilnujcie go jak oka w głowie. - dodał. Uwaga o cmentarzu była celna, tam winni się udać.  Uwaga o kieszeni już nie była potrzebna. Poprawił szablę i zarządził:
- Zatem na cmentarz. -skierował się do wyjścia. Ale zatrzymał się. -A, de Nodier, pokryjcie koszty tego mebla. Ze swojej kieszeni, ze skarbca bractwa, zbiórki, obojętnie.

Gorn Valfranden:
- Też mi się tak wydaję. I tak, można rzucić na siebie zaklęcia, nigdy czegoś takiego nie widziałaś?. Mi się parę razy udało ujrzeć takie coś. Też mi się wydaję że musiał używać jakiejś złej magii. Może jego dobroć to była tylko przykrywka?, sam nie wiem.  Paladyn dostrzegł figurę  jeźdźca z uniesionym mieczem. Coś podświadomie tak jakby kusiło go do dotknięcia tego. Powiedział bardziej do siebie niż do towarzyszki  - Dziwne, coś mnie korci abym tego dotknął, tylko nie wiem dlaczego. Gorn podszedł blisko do figurki po czym zaczął się jej badawczo przyglądać jednak na razie nie próbował jej dotykać gdyż nie wiadomo co mogłoby się stać gdyby to zrobił.

Evening Antarii:
Kiellon i Marduke
- Jak sobie pan życzy- zgodził się Marcel, aby to Marduke wreszcie na poważnie przejął sprawę śmierci Martina. Wziął dziennik i schował go do wewnętrznej kieszeni płaszcza. - A do procesu dojdzie na pewno! Nawet najwięksi zbrodniarze muszą mieć sprawiedliwy proces. Może bez efehidońskich sądów, ale jestem pewien, iż nasza mała rada do spraw tego typu wystarczy- mówił pewny siebie.
- Dziękujemy panie du Camp. Na pewno delegacja z Raschet zajmie się sprawą bardziej drobiazgowo niż my...- zrobił skwaszoną minę także na wieść o tym, że musi jakoś zapłacić za naprawę biurka. - Grzywny pan dostanie jako odszkodowanie za śmierć syna po zakończeniu sprawy...- zagadnął do starego du Campa nim wyszli.
Trójka mężczyzn ruszyła więc na cmentarz. Upał bardzo im doskwierał, chociaż znad morza wiała przyjemna bryza. Szli przez miasto starając się kroczyć w cieniu winorośli i niskich domków. Dotarli do skrzyżowania dróg.
- Na prawo jest cmentarz, o tam pod górkę. Już widać pomniki - powiedział ot tak Marcel. - Na lewo, uliczką w dół, a potem w lewo na promenadę: tak się idzie do Kameliowej Róży- dodał jeszcze i skręcili w drogę wiodącą na cmentarz.
Nikt ze zbrojnych nie stał przy bramie. Wszak dzisiaj było dla nich święto. W klimacie takim jak ten ciężko okiełznać roślinność, która panoszy się jak szalona. Tutaj jednak było widać wprawną rękę ogrodnika, który musiał regularnie podcinać niesforne pędy roślin, by miejsce zwyczajnie nie zarosło.
Mogiły były zadbane, to trzeba było przyznać. Oczywiście prócz tych, które na chwilę obecną stały zdewastowane. De Nodier stał zakłopotany nad pierwszym grobem, z jakiego skradziono organy nieboszczyka.
- Zostawiliśmy to tak jak było, gdyż stwierdziłem, że chcielibyście zobaczyć "oryginalne" uszkodzenia nagrobków, może dostrzeżecie tu coś, co umknęło moim oczom. To grób szanownego pana naukowca, bardzo znanego u nas w Eatinne. Sprowadził się tu jakieś trzydzieści lat temu, założył rodzinę i prowadził badania naukowe. Specjalizował się w stworzeniach podwodnych. Badał rafy koralowe i ryby. Oprócz tego interesował się gwiazdami, dostrzegł, że niektóre z nich nie zmieniają pozycji względem siebie. Potrafił obliczyć, gdzie na niebie pojawią się księżyce danego dnia. Tęgi umysł...- mruknął z podziwem. - Zmarł po tym jak omyłkowo zjadł owoc łudząco podobny do grejpfruta. Z jego głowy zniknął mózg. To ostatnia "ofiara" złodzieja organów- uśmiechnął się krzywo, bo wiedział, jak niedorzecznie to brzmi.
Eve i Gorn

-Na siebie można rzucić jedynie łaski. Gdzie zatem widziałeś takie cuda?- spytała szczerze zaciekawiona tą kwestią. Anielica także podeszła do figury sprawdzić, co mogło wywołać chęć dotknięcia jej. -Lepiej nie dotykać. Zrobimy inaczej...- skupiła się nad pozyskaniem energii z umysłu. Chwilę później niewidzialna telekinetyczna siła jej umysłu poruszyła figurką. Miecz jeźdźca, dotąd uniesiony w górze, opadł wskazując ziemię. Cała ściana pokryta płaskorzeźbami zadrżała, aż posypał się pył i kurz. Eve cofnęła się odruchowo, gdyż zwyczajnie nie wiedziała co się działo.
Po chwili wstrząsów ujawniło się w ścianie wejście, dotąd jakoś magicznie skryte. Oczom anielicy i rycerza ukazał się kamienny prostokątny postument wysokości dorosłego człowieka nad którym unosił się fioletowy kryształ. Nie świecił, zwyczajnie lewitował. Gdy dwójka towarzyszy podeszła bliżej do kamiennych ścian ujrzeli cztery okrągłe wnęki, każda w innej ścianie postumentu, a w środku nich schematyczny rysunek tęczówki i źrenicy. Każdy w innym kolorze. Jeden niebieski, drugi zielony, trzeci brązowy a czwarty biały.
Nad całym tym "zjawiskiem" była całkiem spora dziura w ziemi. Kapały stamtąd krople wody i wdzierały się korzenie.

//Mogłeś dotknąć tej figury. Nie będzie tak, że na każdym kroku czeka niebezpieczeństwo, bez przesady. :)

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej