Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Zjazd szlachty, czyli jak się bawi Valfden!
Nawaar:
Krasnolud zaśmiał się rubasznie, że teraz on będzie obsługiwany, bo po pomocy ludziom z Bogdańca musiał się odstresować.
- Gadasz w moim języku przyjacielu hehehehe. Dobra to poczekam w międzyczasie się napiję jak zjawią się wszyscy.
Powiedział zajmując jedno z wolnych miejsc na pewno koło Marduke chciał go spić, żeby na chwilę mógł zapomnieć o Rey oraz jej śmierci choć była ona bohaterska to jednocześnie głupia naraziła się na darmo.
Mohamed Khaled:
- Mohamed jest już w środku z pozostałymi gośćmi - odezwał się tubalnym głosem mężczyzna. Był wysoki, ubrany w stalową zbroję. Za nim powiewała kruczoczarna peleryna. U boku zwisał długi jednoręczny miecz wykonany z srebra. Miał czarne włosy, oczy koloru rosy o poranku. Na jego twarzy gościł przyjemny dla oka uśmiech. ÂŁagodny.
- Mam na imię Muhmed i jestem tutejszym kapitanem straży. Proszę za mną, zaprowadzę pannę do sali biesiadnej.
Wskazał Eve ręką, by szła za nim, a sam skierował się ku ogromnym drzwiom wejściowym. Jeden z służących otworzył wejście.
Niemal od razu usłyszałaś muzykę i śmiech. ÂŚmiech Maurena.
Szliście chwile przez korytarze, aż w końcu dotarliście do sali. Muhmed otworzył Ci drzwi, przepuścił i sam wszedł.
- Panie, masz kolejnego gościa - skłonił się lekko.
- Dzięki Ci, Muhmedzie. Jesteś wolny.
Marduk Draven:
Rycerz wszedł jakoś między Gunsesem a Kiellonem. Jednak pozostawał raczej incognito, może wszak nikt go nie zauważy? Albo chociaż nie zwróci uwagi, bacząc na to jaką marnością stał się? Marność, marność nad marnościami! O to jest Marduke Draven. Podniósł jakieś srebrne naczynie, przeglądnął się w nim. Było teraz dwóch Dravenów. Ten szlachetny i ten okrutny. Radosny i ponury... zaraz, nie miał już radości. Był śliczny mężczyzna, wielki wojownik, oraz abominacja, postrach zła, który sam granicze ze złem. Trzymał się na boku, uznał, że tak będzie lepiej. Okrył się opończą, tak że zasłoniła cały jego pancerz, kaptur dalej dumnie spoczywał. Rzucał cień na cień rycerza. Cień tego, kogo kim kiedyś był.
Evening Antarii:
Anielica nakazała Krixosowi zaprowadzenie koni do stajni, zadbanie o to, by wypiły wodę i dostały coś do jedzenia. Miał wrócić za chwilę.
Eve poczuła jak ciepło wnętrza poszerza drobne naczynka krwionośne w jej ciele. Oznaką tego były zaróżowione policzki i nos, które teraz zaczynały szczypać. Kobieta poprawiła włosy będące nieco w bałaganie po podróży, odpięła ciepły kubrak i dalej podążała za służącym. Mohamed, Muhmed... dla niej wszystko jedno, jednakże gospodarz mógłby się mocno obrazić, gdyby pomylić jego imię z imieniem niewolnika. Tak więc anielica postarała się wyprzeć z pamięci "muhmed", a zapamiętać Mohamed Khaled, szlachcic Vodaemin.
Zabawa widocznie trwała w najlepsza. Eve ucieszyła się, że nie spóźniła się jakoś bardzo. Sagra jak cień podążała za anielicą. Bardzo ucieszyła się na widok uczty, gdyż jej pani rzadko miała zwyczaj gdziekolwiek ją brać. A teraz choć miała taki obowiązek, to z chęcią przyodziała się w porządną suknię i porządne trzewiki, a nie fartuch, który można ubrudzić. Starała się wszystko zapamiętać, by mieć o czym opowiedzieć biednej Narii, która została pilnować dworu.
-Piękne ziemie. Nawet o tej porze- odezwała się anielica, by przywitać organizatora uczty. -Evening Antarii, ale to pewnie pan wie. Miło mi gościć na pańskiej uczcie. Ciekawa jestem tylko powodu, dla którego mieliśmy tu wszyscy przybyć- powiodła wzrokiem po zgromadzonych. A jednak widziała znajome sylwetki! Nawet sporo ich było.
Gunses:
- Vaaygeleardazar noar tesoi, zetel tesylekeroi jar prezetyjelcet'hesarle'lm zet oisetoiberar tesovaa'rrezetyset'zarcetar... - zasyczał Gunses do Setmre, kiedy w sali rozległy się rozmowy.
- Zetarvaaset'zel moizetelmy zetarpreoiseticet keroigeoiset tesrezetelcetielgeoi dazoi noarset'zelgeoi leoizetar, rawr - zawarczała mu erotycznie do samego ucha. Wampir miał zgiętą łokciu lewą rękę. Pomiędzy jego ręką a ciałem wystawała dłoń wampirzycy, która spoczywała na twardej skorupie demonicznego szponu. W pazurach szponu zaś kołysały się trzy półlitrowe butelczyny. Para podeszłą do pana tych ziem.
- Gunses Cadacus, hrabia Revar - przedstawił się dla pewności wampir - A oto moja towarzyszka życia, Setmre. Chciałem przynieść coś dla Twojego gardła... - uniósł trzy butelki.
- Jednakże... - przerwała mu - ...udało mi się go przekonać, że głodny wampir, nie jest bezpiecznym kompanem do rozmowy. Przeto przynieśliśmy coś dla bezpieczeństwa. - uśmiechnęła się krwiożerczo. PO wymianie grzeczności wampiry zajęły miejsce, mniej więcej w połowie stołu, który nie był wcale za duży, a to znaczyło, że grono będzie kameralne.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej