Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wojna o Valfden: O jeden most za daleko
Rikka Malkain:
Niedługo po tym, jak bębny zaczęły wybijać rytm marszu, do armii dołączyła Rikka. Zwlekała z tym prawie do ostatniej chwili i sama nie była do końca pewna, co właściwie nią kierowało. Zawsze kiepsko u niej było z patriotyzmem, a jakby tego było mało, wampirzyca nie przywiązywała się zbyt łatwo do niczego i nikogo. Możliwe, że przyszła dzisiaj na plac, bo zwyczajnie nie potrafiła schować się i przeczekać szalejącej wokół burzy. Ciekawość i chęć zobaczenia wszystkiego na własne oczy wreszcie wzięła górę nad rozsądkiem. Poza tym, była pewna że może się przydać. Te masy ludzi odrobinę ją przytłaczały, ale szybko odnalazła swoje miejsce pośród innych wampirów. ÂŻadnego z nich nie znała. Jako banici i renegaci nie byli może jakoś szczególnie towarzyscy, ale przynajmniej inni żołnierzy trzymali się od nich na dystans, dzięki czemu Rikka nie zginęła gdzieś w tłumie. Idąc z wolna pośród swoich, jak odruchowo nazwała pozostałych krwiopijców, miała szanse przyjrzeć się lepiej poszczególnym oddziałom. Po czasie postanowiła zamienić kilka słów z najbliższymi nieśmiertelnymi. Okazało się, że ciężko mówić o nich jak o oddziale. Rikki w sumie to nie dziwiło, szczerze mówiąc to inny stan rzeczy byłby raczej nietypowy. Nie mieli żadnego konkretnego dowódcy, więc podlegali bezpośrednio Wielkiemu Lordowi, który prowadził całą wyprawę. Zabójczyni, jako ochotniczki, tyczyło się chyba to samo. Niestety, jak podejrzewała już wcześniej, nowi towarzysze nie byli najlepszymi kompanami do rozmowy, chociaż odnosili się do niej z chłodną uprzejmością. Zaczęła więc wypatrywać jakichś znajomych twarzy, ale nie mogła dostrzec koło siebie nikogo takiego. Wróciła zatem do cichego przeglądu sojuszniczej armii. Z smutkiem stwierdziła, że za mało wie o demonach by móc oceniać szanse valfdeńskiego rycerstwa. Czy na pewno dobrze robi angażując się w te wojnę? To pytanie nie dawało jej spokoju. Rikka sposępniała.
Mohamed Khaled:
Mohamed kroczył wśród żołnierzy z posępną miną wiedząc, że zbliża się nieuchronnie wielka bitwa mająca zdecydować o życiu tysięcy. Co, jeśli nie obronią mostu i polegną? A jeśli Efehidon także nie będzie w stanie się bronić i upadnie? Zginą wszyscy Ci niewinni?
Z jednej strony było mu ich żal. Z drugiej jednak, tej mroczniejszej, chłodniejszej, byli oni tylko nic nie wartymi dla niego ludźmi. Czemu miał się nimi przejmować? Nic im nie zawdzięczał.
Walczył wewnętrznie w sobie, nie wiedząc zbytnio, którą stronę wybrać. Dobrą... Czy złą.
TheMo:
I po niemal całym dniu marszu doszli. Na szczęście obok armii jechały tabory z zaopatrzeniem i ci najbardziej zmęczeni żołnierze mogli co jakiś czas zmieniać się na wozie. Themo zezwalał na to, wszak muszą być w pełnej gotowości. Słońce już chowało się za horyzont, a wojsko miało przed sobą most, który był teraz najważniejszą rzeczą. Koryto Amertodonu było szerokie i głębokie, a nurt w niej silny. Dzięki temu most był jedyną drogą przeprawy przez nią. Themo zszedł z konia i natychmiast kazał przygotować umocnienia. Póki widno niech wycinają pobliskie drzewa i kopią doły za mostem, by jakoś spowolnić wrogą armię. Reszta zajęła się rozstawianiem namiotów, rozpalaniem ognisk i szykowaniem posiłku. Dowódca miał tylko nadzieję, że tą noc spędzą spokojnie.
Rodred:
Udało mi się dołączyć do jakiejś grupki żołnierzy która rozkładała swój namiot. Było to koniecznością jako, że nie miałem swojego. Nawet znalazło się dodatkowe łóżko. Z woreczka wyciągnąłem trochę soli i wąską ścieżką wysypałem okrąg wokół niego, nie zważając uwagi na dziwne spojrzenia. Następnie się położyłem i oddałem kontemplacji. Nie bardzo myślałem nad nadchodzącą bitwą. Co będzie to będzie. Jak by co zawsze mogę się stąd teleportować. Bardziej rozmyślałem nad przeszłością i domniemaną teraźniejszością. Zacząłem się zastanawiać jak by w tej sytuacji zachował się dawny ja. Przed wyprawą. Pewnie nie przeszedłbym tego dobrze. Teraz gdy odnalazłem drogę wszystko stało się prostsze i nie musiałem martwić się o jej cel.
Już od dłuższego czasu zastanawiałem się co się stało z Paktem. Podejrzewałem, że skoro Mistrz nie żyje to Paktu też nie ma. Przynajmniej nie ma takiego jakiego pamiętam. W końcu już podobna sytuacja się pojawiła. Nigdy nie wiadomo czy za kilka dni nie odwiedzi mnie jakiś ponury sługa dając zagadkowe zadanie.
Zresztą, Pakt to nie miejsce, Pakt to ludzie. Z Isentorem czy bez niego nadal jestem częścią Paktu. Oczywiście nie można tu już mówić o wytrawnej organizacji z liderem i wszystkim, a raczej grupie członków znających się wzajemnie i wspierających.
Wewnętrznie wciąż nie wierzyłem w śmierć Isentora. Potrzebowałem solidnych dowodów. Znaleziono ciało? Zadawałem sobie to i wiele innych pytań. Na pewno Isentor nie dałby się tak po prostu zabić.
Gdy będzie chwila spokoju, spróbuję wypytać TheMo co do szczegółów jego śmierci.
Nawaar:
Cały dzień marszu w milczeniu nikt nie odezwał się słowem widocznie wszyscy skupili swe myśli na walce. Krasnolud umiał zrozumieć posępne twarze współtowarzyszy, ale jemu jakoś było smutno, bo rozmowy jakoś zawsze sprawiały, że można było się rozchmurzyć i trochę pośmiać przed pójściem na pewną śmierć z uśmiechem na ustach a tak sytuacja iście grobowa. - To już na cmentarzu bywa weselej. Powiedział z przekąsem maszerując równym krokiem z flintą opartą o ramię i żeby sobie samemu poprawić humor odkorkował sobie flaszkę popijając sobie kilka łyków. - Lepsze od wody. Rzekł z małym uśmieszkiem w ten upalny dzień, ale jakoś nie czuł zmęczenia choć pocił się jak dziki osioł. Kiellon nowy rekrut bractwa wykazał się inicjatywą gdy dotarli już w okolice mostu postanowił pomóc przy wykopywaniu dziur, coby demony miały gdzie spaść i jakoś spowolnić ich szeregi. Dlatego odłożył fuzyjkę na plecy a samemu wziął szpadel zaczynając kopanie dołu podśpiewując sobie znaną pieśń.
- Jam jest krasnolud i kopię, kopię dziurę.
Piosenka miała więcej zwrotek i kilka refrenów, ale do tej chwili sam refren wystarczał. Brodacz kiedy skończy kopać pomagając ludziom pójdzie się z chęcią położyć do jednego z namiotów a jak nie to przynajmniej porozmawia z towarzyszami doli i niedoli.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej