Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gdy krwawy księżyc wschodzi
Mohamed Khaled:
Mówiłem? Nasza armia zniszczy was, zostanie tylko proch... A może nawet i nie. Cała wasza walka o dobro tych kotów była daremna. Zginęło niepotrzebnie tyle nic nie wartych istnień...
Przestań!
Nie przestanę. Popatrz. Nigdy z nami nie wygracie. Ulegnij mi, pozwól sobą kierować. Byłeś taki idealny... Taki chłodny. Wróć do tego. Zapomnij o niej. Zapomnij o nich. Oddaj się w pełni naszej mocy... Naszej władzy. No, Mohamed. Zrób to... Zrób!
Nie ulegnę! Nie jestem aż taki łatwy!
Popatrz się. Czy widzisz, co się dzieje, jak ktoś z nami walczy? Wielka rzeź. Nie mieliście szans. I nigdy nie będziecie mieli...
PRZESTAĂ!
NIE!
Kruk westchnął. Co on miał w tej sytuacji zrobić?
Kolejne dwa meteoryty jebnęły o ziemię, dobijając najpewniej tych, którzy jeszcze tam zostali. Robiło się naprawdę nieciekawie. Wszyscy mieli teraz solidnie przepierdolone. Tak ostro, jak jeszcze nigdy. Nawet ostatnie Zuesh nie było aż tak krwawe...
Evening Antarii:
Evening pośród tej jasności dostrzegła Sobieskiego, wyglądał zdrowo i silnie. Mówił ciepło, jak do dziecka, które nieświadome jest, że robi źle. Tak też poczuła się anielica. Jan nie chciał jej karcić... Zdawało się, iż on rozumie całą sytuację, wie wszystko, nie potrzeba mu wyjaśnień, a jego dobroć udzieliła się kobiecie. To był Zartat. Przemawiał do niej ustami generała. Poczuła się, jakby umarła. Ale to niemożliwe... Przecież zawsze może wrócić na ziemię z Niebiańskiej Przystani w swej dawnej formie. I kto mógłby to zrobić? Przecież ryglowała drzwi.
Słowa jej boga były pokrzepiające. Nowa nadzieja wstąpiła w Antarii. Zartat udzielił generałowi niezwykłej mocy, przekazał mu cząstkę siebie, zmaterializowaną w postaci ludzkiego serca. ÂŹródła wszelkiej miłości.
Kolejny rozbłysk przyniósł obraz krwiożerczego smoka nad ciałami niebiańskich istot. Ciała miały skrzydła... Były to anioły, a nie zwykli śmiertelnicy. Ta wizja wzbudziła w niej uczucie niepokoju. Może to majaki umysłu, który do końca nie rozumie, co się dzieje, gdzie jest i co czyni.
Gdy się ocknęła, a jasność zniknęła, Eve poczuła w rękach coś miękkiego, mokrego od krwi i bijącego rytmicznie. Krzyknęła ze strachu. Wszystko pamiętała... Mor Andor i zadanie Apriala. Demon kazał jej zabić Vashira, Vargasa i Jana. temu oststniemu miała wyrwać serce i okazać demonom. Tak, pamiętała to wszystko, ale jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, co czyniła. Spanikowana Evening czuła jednocześnie błogość, spokój i niepokój, szok. Czuła, że nie mogła zabić niewinnego człowieka, ale wiedziała, że to zrobiła. Nie mogła sobie wybaczyć. Po policzku spłynęła jej łza.
Nie wiedząc co uczynić z "żyjącym" organem, anielica postanowiła włożyć je do klatki piersiowej Sobieskiego. Rozszarpana dziura na wysokości płuc wyglądała poważnie. Anielica umieściła w pustym miejscu serce. Klęczała tak nad ciałem jeszcze chwilę, nie mogąc wstać, nie mogąc racjonalnie myśleć. Błogość i gniew opanowały ją w tym samym momencie, jej własne serce biło jak oszalałe, jakby ono też chciało się wyrwać spod żeber. Antarii zwlokła się z podłogi powoli, jakby przed chwilą doświadczyła wyczerpującego wysiłku, który wyssał z niej wszelkie siły. Nie wiedziała, co ma czynić. Otarła słoną stróżkę z twarzy. Nadzieja zatryumfowała. Jednakże życia swym ofiarom nie zwróci, choćby chciała.
Dziewczyna czuła się jak zdrajca, nie chciała wychodzić wcale z tej kajuty i pokazywać się innym. Jak mogła się wytłumaczyć? Czy inni zrozumieją, co się z nią działo? Ona sama tego nie pojmowała, jak będąc boską istotą dała się zniewolić demonom.
Otworzyła drzwi i rozejrzała się. Oczy miała zaczerwienione od powstrzymywanego płaczu. ÂŁzy radości mieszały się ze łzami smutku. Wokół wciąż była wrzawa. Nie wiedziała dokładnie co w tej chwili się dzieje, czy przegrywają, czy Kunin upadło, ilu valfdeńczyków już poległo. Była zajęta mordowaniem i właśnie teraz wróciły do niej te niedawne wspomnienia zdradzieckiej, tchórzowskiej walki z Vargasem i Vashirem. Wstydziła się za siebie...
Jednakże musiała powstać, przecież Zartat napełnił ją swą siłą. Eve wmawiała sobie, że nie mogła czynić inaczej, niż przykazał Aprial. Była bezwolna. To nie była jej wina... Choć chciała jakoś naprawić wszystkie wyrządzone Kunanom i Valfdeńczykom krzywdy, straty w ludziach, swoje tchórzostwo i uległość wobec sił otchłani.
Nawaar:
Kiellon patrzył jak dwa niszczycielskie meteoryty leciały jeszcze w stronę oddziałów walczących na tą chwilę nic nie mógł poradzić. Jedynie patrzył beznamiętnie taki bezradny nie wiedział co się jeszcze wydarzy, a dwie bezlitosne skały leciały bezpośrednio siejąc destrukcję, śmierć i zniszczenie to było dla niego za wiele, ale wiedział już, że pójdzie w ślady ojca do bractwa, by tam nauczyć się walki z bestiami z otchłani! Tymczasem skomentował to wszystko dwoma słowami. - Ja pierdole! Tutaj prosty nieokrzesany krasnolud nic więcej zdziałać nie mógł aż mu się głupio zrobiło.
Gorn Valfranden:
Siła meteoru rzuciła Gornem jak szmacianą lalką na ziemię łamiąc mu przy okazji nogę. Ten krzyknął okropnie, ale musiał się wziąć w garść. Zignorował ból co wcale nie było prostym zadaniem zaczął się czołgać w stronę statku. Miał miksturę dzięki której wyleczy nogę ale ona zadziała po 24 h a to za dużo. Czołgał się mając tarczę na plecach a bronie przypięte do pasa. Nie szło mu to zbyt szybko gdyż dotkliwy ból w nodze był nie do zniesienia. Dam radę, muszę się stąd wydostać Paladyn uparcie się posuwał po ziemi naprzód. Złamana i bezwładna noga przeszkadzała mu jednakże nie powstrzymała go przed tym. Czołgał się w zaparte, najszybciej jak mógł starając się ignorować potworny ból w złamanej kończynie.
5196x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Ogrzy_demon
Nasi:
150 Kunan (-Vargas, -Vashir)
111 Bractwo ÂŚwitu
8 Bękarty Rashera
0 Ochotnicy
1x Magowie
Marduk Draven:
Rycerz chwilę tak patrzył po obecnych na statku. Brakowało małej niziołki. Na pewno by ją dostrzegł. W końcu wyróżniała się. Powstał. Zerwał się nawet. Ruszył biegiem przez pokład, po trapie, po ziemie. Rozglądał się za niziołką.
Cholera!
Wszędzie były trupy, ale nie widział tej jednej, znajomej twarzy. Zdenerwował się, biegł dalej, coraz szybciej. Biegł tak, i nagle, wśród gruzu, mignęły mu włosy o nietypowym kolorze. Pobiegł w ich kierunku. Tam właśnie leżała niziołka. Nieprzytomna, kucnął przy niej i sprawdził puls na szyi. Był. Nie było więc co obijać w bawełnę. Przewiesił sobie jej prawą rękę przez swoją szyję, swoją prawą ręką chwycił pod ugięcia kolan, lewą dłoń podłożył jej pod kark i delikatnie uniósł.
Począł wracać na statek, truchtem, wiatr rozwiewał jego pelerynę i wyciągał z rzemienia kosmyki jego włosów. Jej włosy zaś rozlały się po jego zbroi.
W końcu jednak dotarł na statek, wbiegł po trapie.
-Medyk!- zawołał, wchodząc na pokład.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej