Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gdy krwawy księżyc wschodzi
Nawaar:
Krasnolud ładując muszkiet, tylko się przyglądał jak wielki głaz leci w stronę sprzymierzonych wolnych ludów walczących z demonami, a kiedy pizło jasne światło wybuchu go na moment oślepiło a fala uderzeniowa odrzuciła go daleko bez większych problemów. Straty w ludziach były wielkie wręcz ogromne a demonów nie ubywało. Kiellon zemdlał widząc ten obraz siła odrzutu spowodowała, że stracił przytomność i to na dobre czas dla niego stanął w miejscu. Brodaczowi śniła się akcja przed kilku chwil to było dla niego silniejsze nawet, nie reagował kiedy Szeklan starał się go zbudzić z tego koszmaru po prostu leżał, jakby martwy bezdechu. Jaszczur wtedy postanowił go przenieść w bezpieczne miejsce, lecz nie zdał sobie sprawy z tego krasnolud jeden i mozolnie lekko ogłuszony otworzył najpierw jedno oko a następnie drugie widział jak garstka obrońców walczy robiąc wszystko co mogą a on sam nagle zauważył, że ktoś go niesie dopiero po kilku minutach się odezwał widząc jaszczurzy ogon. - Szeklan?!..... Co się stało, uuuu moja głowa. Czuł się bezradnie nie miał siły się ruszyć a to była jedynie fala uderzeniowa, co by było gdyby oberwał na poważnie! - Czemu mnie niesiesz? Bo ja pamiętam, tylko światło i to wszystko. Doprawdy nie wiedział, co się stało ale walczyć na razie nie był wstanie.
Mohamed Khaled:
Chwycił Marduke'a za zbroję i podniósł go - rzecz jasna z trudem - na plecy. Oparł go na barku, po czym zaczął się kierować w stronę portu i ich.. drogi ucieczki. Miecz, który dzierżył rycerz, został tam, gdzie wylądował. Nie miał teraz ochoty nawet na to, by go szukać. Zbyt dużo ciał, krwi i ogólnie wszystkiego. No i pozostał fakt, że był ze srebra... A A'abiel nie byłby raczej tym zachwycony...
Ciągnął Marduke'a w stronę statku w niedużym truchcie. Zbroja poważnie przeszkadzała w tym, by w szybszym tempie przetransportować go tam, gdzie zbierali się wszyscy.
Powoli dotruchał.
DarkModders:
Jaszczur powoli dobiegał do okrętu. Wtedy też poczuł ruchu Kiellona i jego głos.
- Oberwałeś a że nie mogłem cię docucić to postanowiłem przenieść cię na statek.
Po tych słowach nic już nie powiedział tylko biegł dalej. Nie zamierzał puszczać Kiellona, mógłby kolejny raz orła wywinąć a wtedy nie wiadomo co by się stało. Drugi raz może by już go nie wyratował. Po chwili, zdyszany i spocony, wbiegł po trapie na statek. Dobiegł do masztu i tam zostawił Kiellona. Sam zaś oparł się o maszt i ciężko dysząc spojrzał na Kiellona. Wtedy się mu przypomniało, że dalej nosi na ramieniu jego flintę. ÂŚciągnął ją po czym ją mu podał.
- Trzymaj. Jeszcze ci się kiedyś przyda.
TheMo:
Meteoryt niszczący znaczną część pozostałych przy życiu wojsk przesądził o losie. Themo chyba był zbyt zaślepiony starciem, gdyż dopiero teraz zdecydował o odwrocie. Wycofał się z barykad.
-Odwrót! Wszyscy na statki!
Zarzucił szybko puklerz na plecy i podbiegł do oszalałego Zalgo, który był przestraszony wybuchem. Złapał go mocno za lejce, by uspokoić.
-Strzelcy! Osłaniać uciekających! ÂŁadować się na statek!
Krzyczał rozkazy z całych sił prawie wypluwając płuca. Sam wsiadł na konia i pocwałował po polu walki, omijając przy tym trupy. Chciał zadbać o to, aby jak najwięcej osób udało się uratować. Po drodze ściął z siodła jakiegoś demona, który przeszedł przez niestrzeżone barykady.
Marduk Draven:
Gdy Mohamed tak biegł z nim na plecach obudził się.
-No cześć...- szepnął.-Tak szybko? Ledwo się znamy, hehe.- obejrzał się. Kurwa. Miecz i tarcza!-Chyba zostawiłeś za sobą moją broń.
Dotarli na okręt. Tam, rycerz został osadzony. Wstał o własnych siłach. Co prawda, był obolały, ale cały. Wyobraził sobie komiczną sytuację.
Ogrzy demon podchodzi do broni Marduka. Podnosi i natychmiast upuszcza, rycząc z bólu. Potem kolejny dołącza do niego. W kilka godzin później cała armia zła, łącznie z ich panem przeklina miecz z poparzeniami na dłoniach. Uśmiechnął się. W głębi duszy jednak będzie brakowało mu tarczy i miecza. Może dostanie drugą tarcze w siedzibie Bractwa, będzie też skłonny kupić drugi miecz.
-ÂŻegnaj Spowiedniku i tarczo bez imienia.- rzekł cicho, opierając się o maszt, koło jaszczura.
-Dzięki.- rzucił maurenowi.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej