Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Gdy krwawy księżyc wschodzi

<< < (33/66) > >>

Elizabeth:
Po udanej nocy, przytulając się do butelki wina , Elizabeth dopiero dochodziła do pełnej świadomości. Usiadła na podłodze, która i tak pomimo wcześniej wypitego alkoholu, wiąż się bujała. Jej zmysły wciąż były wyostrzone, a umysł nie w pełni opanowany. Pamiętała jedynie, że dobrze bawiła się z rycerzem, ale nie do końca znała szczegóły. Poza tym miała pewne uczucie, jakby przespała więcej niż jeden dzień, bo nawet kac za bardzo jej nie dokuczał. Mogło też to świadczyć o dobrej jakości wina, którego całą butelkę wypiła prawie sama i  którą potem sobie przywłaszczyła, zanosząc ją do swojego legowiska. Dotknęła głowy i od razu była pewna, że naprawdę musiało się dużo wydarzyć. Jej włosy były roztrzepane i pełne kołtunów. Niezwłocznie rozpoczęła czesać włosy, lecz za chwilę przestała. Nie miała siły, zwłaszcza po tej pracowitej nocy, która nadal zaprzątała jej głowę.

Nie czekając długo, ubrała się w swoją lekką zbroję i przywdziała oręż. Wszystko wydawało się dla niej bardzo ciężkie, dlatego z trudem doczłapała się do drzwi pomieszczenia. Wraz z ich otwarciem przywitał ją rześki powiew morskiego wiatru, który troszkę ją orzeźwił i pozwolił wydać z siebie coś więcej niż jęki rozpaczy.

- Pić! - zawołała skrzeczącym głosem, wychodząc na pokład jak zombie. W sumie wygląd też miała zbliżony, bo jej włosy powykręcane w każdą stronę wyglądały okropnie, a cały ich urok jakby magicznie zgasł. - Marduke, pomóż mi! - rzuciła przed siebie, upadając na kolana w męczarniach. - Nie mam chyba na nic dzisiaj siły, ta noc mnie niemożliwie wyczerpała. Jestem spragniona, głodna i chyba zaraz będzie chciało mi się rzygać. Może jestem w ciąży? - Ostatnie zdanie powiedziała pod nosem, nieświadomie ściszając ton. Była jak miniaturowy potwór, który wypełznął ze swej jaskini i zamierzał teraz straszyć cały statek.

Marduk Draven:
Stał tak spokojnie, gdy nagle usłyszał znajomy głos. Odwrócił się. Na kolana, przed nim upadła Elizabeth. Wpierw w oczy rzuciły się jej włosy. Jakoś tak nie tak ładne jak wczoraj. Przetarł ze zdziwienia oczy i zamrugał nimi. Czy to była Elizabeth? Jeśli tak, to dobra metafora tego co dzieje się z kobietami po nocy poślubnej.
Wczorajsza noc? Przecież wypili ze dwa kufelki wina. Ona może i miała słabą główkę, ale on miał z sobą nie jeden maraton. Ba! Mierzył się z Domenikiem! Inna sprawa że obudził się opętany... Klęknął na jedno kolano, by zrównać się z niziołką.
-Wymiotować możesz za burtę. Zjeść możesz w kabuzie... a co do ciąży, to na pewno nie ze mną.- przecież nie mogli się obudzić w dwóch różnych kajutach. No i pamiętałby, gdyby zamiast elfek wolał niziołki!-Tak po za tym, to jesteśmy.

Elizabeth:
Kobieta, widząc przed sobą jak Marduke klęka przed nią, uśmiechnęła się mimowolnie. Wysłuchała go i tak jakby zrobiło jej się smutno. Jej oczka zrobiły się szkliste, jakby zaraz miały stać się źródłem solidnego deszczu łez. Jej usta zastygły lekko otwarte, jakby chciały coś powiedzieć, jednak nie były w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Złapała go za kolano, za nim jeszcze uciekł i pozostawił ją samą sobie na pastwę losu i spojrzała na niego swoimi maślanymi oczkami.

- Zajmij się mną, Marduke. Chce mi się pić. Nie zostawiaj mnie samej. - poczęła kuśtykać na kolanach zbliżając się do niego. Jej niezgrabne ruchy sprawiały wrażenie, jakby naprawdę jej stan nie był do końca dobry. Gdy już zbliżyła się na bliską odległość do niego, spróbowała go objąć.- Potrzebuję cię. - powiedziała cichutko, tak iż tylko on w stanie był usłyszeć te słowa, będąc tak blisko źródła tego niecodziennego wyznania.

Marduk Draven:
Wyrzucić ją za burtę, czy być miłym? Zartacie. Daj mi znak!
Jedynym znakiem była ptasia kupa która spadła obok buta niziołki. Marduke uznał to za symbol woli swego boga. Miał do tego prawo, po tym jak gołębia kupa pobłogosławiła jego miecz. Dosyć niechętnie, ale żeby spełnić domniemaną wolę swojego boga postanowił coś zrobić.
Pogłaskał niziołkę po włosach, nierozczesanych, ale dalej miłych w dotyku. Ale to nie było to co miał zrobić!
Westchnął cicho(nie, to też nie było to) i pewnie chwycił niziołkę. Udało mu się to zrobić w miejscach które nie "pobudziłyby jej". Na jego szczęście. Jeszcze by ją zmiażdżył w łóżka. Następnie tak ją trzymając powstał i poszedł miarowym krokiem pod pokład. Trochę tak schodził po schodach, starając się nie trząść niziołką, wszak nie chciał być Marduke "Pawiowy Kirys". Zaszli w końcu do kabuzy. Odłożył ją na stół, w pozycji siedzącej. Sam zaś zaczął przeszukiwać półki. Znalazł. Woda. Dobra na kaca. Nalał z dzbanuszka do kufelka i podał niziołce.
-Na zdrowie.- powiedział z uśmiechem.

Narrator:
Okręty wpłynęły do portu, zamienionego w "ostatni bastion". Na wszelki wypadek. Na nabrzeżu czekał jeden z kunan wraz z plutonem wojowników.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej