Krasnolud był wściekły, w duchu jego wściekłość na kapitana kipiała wręcz, bo jak to tak można było zarządzić tak idiotyczną wręcz wyprawę w dodatku zaciągając na nią niczego nie świadomą załogę...
Po prostu mistrz, kurwa mistrz, jak przeżyjemy to obiję mu morde... Do tego jak mógł dać sie nabrać na taki podstęp...
Krasnolud starał się być z zewnątrz opanowanym. Powoli ściągał z siebie swe kolejne bronie i żegnał się z nimi puszczając je w toń jeziora.
ÂŻegnaj kochany toporze... Tyle razem przeszliśmy. ÂŻegnajcie kusze, w tylu sytuacjach uratowaliście mi tyłek. Będę tęsknił... Moje ukochane nożyki... - aż chciał je ucałować ale wiedział że nie może tego zrobić ÂŻegnajcie.
Wyrzucił wszystkie bronie i upokorzony, zhańbiony, bezbronny do tego wściekły na kapitana podpłynął do drabinki i powoli wszedł na nią.
Innosie i Adanosie, Zartacie, Ventepi, Nalasie i reszto bogów, czuwajcie nad nami i uratujcie nas... Proszę, gdy tylko wrócę do domu złożę dużą ofiarę na biednych... Proszę bogowie. - modlił się w myślach wchodząc na statek.
Stanął na deckach obok maurenki.