Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
W tajnej służbie Jego Królewskiej Mości
Silion aep Mor:
//Jakie my tam jeszcze mamy zapasy składników do gotowania? Oraz jaka jest pora dnia?
Krasnolud w ciągu tych sześciu dni podróży, obalili z Domenickiem około 2 flachy jego specyfiku. Głowy mieli twardę więc przyjemnie się piło i tylko lekko szumiało, w międzyczasie zdążył się zaprzyjaźnić z dwoma brodatymi kompanami. Trochę czasu spędził w towarzystwie ciemnoskórej która wydawała mu się taka nieobecna, jakby się gdzieś spieszyła, teraz niestety się pochorowała.
Tego dnia Silion wraz z Melkiorem pełnili dyżur w kuchni, mieli sporządzić jakieś smakowite danie które zachwyci podniebienia reszty załogi.
Mężczyzna pochwycił dwa noże i zaczął je ostrzyć o siebie. Po chwili przeciągnął je jeszcze na skórzanym pasku i były gotowe do krojenia.
- Tak więc co robimy? Tylko nie znowu zupa z elfa i cebuli, prosze. - delikatnie zażartował. - Czy na tym statku jest cokolwiek co pomogło by na chorobę morską? Armin z tego co wiem nie ma się zbyt dobrze.
Kenshin:
Orkowi dni leciały niezwykle szybko, ale w ponurej atmosferze gdzieś tam ciągle w pamięci miał śmierć Salazara. Jednak i on musiał się jakoś wziąć w garść i coś, by móc jakoś funkcjonować na okręcie w tym celu sprawdzał maszty, liny to poszedł się przespać w kubryku później medytował starając znaleźć ukojenie swoich emocji. W końcu zaczął z nudów chodzić po pokładzie i wtedy właśnie zauważył chorą Armin, która zwracała wcześniejsze pokarmy i Domenikową wódkę, ale przy niej stał już Drago chcący pocieszyć towarzyszkę rozmową. Kesnhin natomiast przechadzał się po pokładzie czekając na obiad pewnie już ostatni na statku, bo czuł wewnątrz siebie, że zbliżają się do celu podróży!
Armin:
- Jak wstanę to się do nich skieruję, ale na razie wolę zostać tutaj, przy burcie. - powiedziała spoglądając w stronę kambuzy. - Nie chciałbyś po mnie sprzątać pokładu. -zaśmiała się. Dobrze jej się siedziało na pokładzie. Cisza, spokój. Może z wyjątkiem wampira, który próbował jakoś ciemnoskórej pomóc. Ale to dobrze. Przynajmniej Armin nie musiała rozmawiać sama ze sobą. - Pierwsza zasada choroby morskiej: nie wchodź pod pokład, tam bujanie jest jeszcze silniejsze. - zwróciła się do Dragosaniego. Potem uśmiechnęła się na słowa mężczyzny. - Może to i lepiej, że mi przepali gardło. Wtedy nie będę myślała o nudnościach, tylko o bólu w przełyku... - zamyśliła się.
Dragosani:
To, czy wampir starał się pomóc i pocieszyć Armin, czy było też to.czysto strategiczne działanie w jakimś złowrogim celu, było niejasne. Ale czy należy się tym przejmować? Ważne jest to, że w tej chwili Drago nie miał zamiaru sprzątać po kobiecie pokładu.
- Cóż, niektórzy właśnie tak leczą różne dolegliwości. Chorobę morską, kaca, opętania. Ogień ogniem - odpowiedział. W sumie wiele do powiedzenia nie miał, ale rozmowa chyba odwracała uwagę maurenki od zwijania się i cierpienia na deskach pokładu.
Armin:
- Wiesz co? Masz rację. - powiedziała ciemnoskóra powolutku wstając na równe nogi. Lekko się zachybotała, ale oparła się o burtę. - Może specyfik Domenika coś pomoże... Oby pomógł. - pomyślała maurenka i zwróciła się do wampira. - Dziękuję za miłą rozmowę. - dodała po chwili i szczerze uśmiechnęła się w stronę Draga. Zaczęła kierować się w stronę dolnego pokładu. Jej tempo przemieszczania się można by porównać do tempa zombie. Armin nawet troszkę podobnie do nich wyglądała. Kiedy znalazła się na schodach, zeszła po nich i zaczęła rozglądać się za krasnoludem. - Domenik! - zawołała.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej