Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
W tajnej służbie Jego Królewskiej Mości
Dragosani:
Drago uśmiechnął się. Oczywiście tajemniczo. Usiadł nieco wygodniej. Brakowało by jeszcze, żeby zapalił fajkę. Ale takowej nie posiadał.
- Hmm... - zaczął. Dobry początek jest dobry. - Wszystko zaczęło się w Efehidon. Pewnej verisowej nocy. Noc była dość ciepła, jak to w veris. Krążyłem wtedy po mieście. Konkretnie po jego dachach. Lubię tak czasem poskakać między nimi. Dobra forma treningu, polecam... Więc biegnę. Skaczę z jednego dachu na drugi. Co większe przerwy przelatuje jako nietoperz. Ogólnie cieszę się nocą. W pewnym momencie przystanąłem na jednym z dachów, aby odpocząć nieco. I wtedy zobaczyłem ją - przerwał na chwilę, aby nadać tej chwili nieco klimatu. I aby podsycić zainteresowanie. - Młoda, czarnowłosa o niezwykłych oczach. Drobna z budowy. W sumie całkiem zwyczajna dziewczyna, prócz tych oczu, rzecz jasna. Ale na pewno zwykła nie była. Na moich oczach powaliła strażnika miejskiego jego własną włócznią. Potrafię rozpoznać kogoś wprawnego w boju i taką właśnie osobą była ta dziewczyna. Nieźle było z niej licho, jak się później okazało. Zaintrygowała mnie, więc postanowiłem podążać za nią. Trafiłem tak do karczmy... - znów przerwał. Napiłby się czegoś. Ale nie trunku krasnoluda. Chciał móc mówić.
- Karxzma jak to karczma, podejrzane typy i pijący. Oraz ona. Siedziała sama przy stole i jadła coś. Podszedłem do niej, zapytałem czy mogę się dosiąść. Trochę pogadaliśmy. Przedstawiła się jako Czterdzieści Cztery. - No i znów przerwałz uśmiechając się lekko. - Dość dziwne miano, ale cóż... Rozmawiamy sobie o jakiś bzdurach, kiedy jak ona nie rzuci ziemniakiem! Nie we mnie, a w jakiegoś typa. Rzekomo był on jakimś jej rywalem. No i wyniknęła bójka przez to. Wydostaliśmy się z karczmy i pędem ruszyliśmy przed siebie. Gdzieś po drodze załatwiliśmy jeszcze konie. Wyjechaliśmy z miasta. Wtedy powiedziała mi nieco więcej o sobie. ÂŻe uciekła od swojego pana, który używał jej jako zabójczyni i że szuka sposobu, aby się go pozbyć. Nazwała go ÂŚpiącym Królem. Postanowiłem jej pomóc. Ruszyliśmy więc na północ. - Odchrząknął lekko.
- Podróż krótka nie była. Po drodze natrafiliśmy na tajemniczy dwór pełen elfów. Milczących elfów. Z początku wziąłem ich za jakiś.mnichów, może naprawdę nimi byli. Zdawało się, że się nas spodziewali. Ugościli nas, dali nam pokój na noc i łaźnię do użytku. Następnego dnia musieliśmy ruszyć dalej. Wszystkie elfy zebrały się, aby nas odprawić. Prawie wszystkie. Jednego brakowało. Wtedy też najważniejszy elf odezwał się. Powiedział trzy słowa. "Zabijcie ÂŚpiącego Króla". Tylko tyle. Zacząłem się już powoli domyślać kim jest ów tajemniczy ÂŚpiący Król. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Przebiegła ona bez większych przeszkód. Dotarliśmy w końcu do małej chatki. To był nasz cel. Wewnątrz znajdowało się zejście do podziemi. To były prawdziwe lochy. Widziałem ludzi uwięzionych w celach, chudych i nędznych. Uwolniłem tylu, ilu mogłem. Ale trzeba było znaleźć Króla. Tego potwora, który trzymał ludzi w tych lochach dla jakiś swoich pseudonaukowych celów. Przeszłem z Oczko, znaczy Czterdzieści Cztery, całe lochy. Króla znaleźliśmy w ostatnim pomieszczeniu. Był to... elf. Zwykły elf. Jeden z tych, których spotkałem w Milczącym Dworze. Moja towarzyszka... zajęła się nim. Tak, aby już nikogo nie skrzywdził. Następnie opuściliśmy lochy. Jakiś czas później nasze drogi się rozeszły. Od tamtej pory jej nie wiedziałem. W sumie to ciekaw jestem gdzie to licho się podziewa... - zakończył opowieść.
Evening Antarii:
Eve oparła łokcie na stole i podparła sobie głowę. Słuchała z zainteresowaniem, bo historia była wciągająca. Szczególnie, że kojarzyła jej główną bohaterkę. Czarne włosy, wyjątkowe oczy, TE oczy, drobna dziewczęca postawa. Zbyt charyzmatyczna postać, by móc ją zapomnieć. Przypomniała jej się Hemis i wyprawa w góry. Tam w pewnym domu spotkała podobną dziewczynę. Bardzo waleczną, tak jak w opowieści Draga.
-Czarne włosy mówisz? Krótkie takie? Ja wiem kto to jest... Spotkałam ją- zaczęła nieco niepewnie. Przecież mogło chodzić o kogoś innego. -Nazywała się Licho, zadziorna taka, imię pasuje idealnie. Ja jej nie polubiłam, ale wyglądała na taką, co niejedno przeżyła i z nie jednym miała do czynienia- wzruszyła ramionami. -To było w górach, w hemis. Piękne, górskie widoki. Ja i Salazar pomogliśmy jakiemuś Grunaldiemu na szlaku, zaprosił nas do siebie. Ale koleś okazał się psycholem. Więził dziewczyny w piwnicach swojego domu. Ona też tam była. Pomogliśmy jej i reszcie wydostać się, choć jestem pewna, że sama też dałaby radę. Na koniec było najlepsze... Wywołaliśmy lawinę, która zmiotła dom Grunaldiego z ziemi. Brzmi... nieprawdopodobnie, ale Sal może potwierdzić. Potem ruszyła w swoją stronę.
Dragosani:
Drago zaśmiał się.
- O tak, to na pewno ona - odparł. Tylko ta dziewczyna mogła zrobić coś takiego. ÂŻeby spuścić lawinę ns czyjś dom! Ale Draga zaniepokoiło trochę to, że znów wpakowała się w jakieś kłopoty. To chyba dla niej nałóg.
- Dobrze słyszeć, że udało jej się uciec. A mówiłem jej, aby się pakowała się w kolejne kłopoty! Licho... cholera, idealne imię sobie wybrała. - Westchnął. - W sumie to.chętnie bym ją spotkał. Coby zobaczyć jak jej się żyje. No i znów ją z jakiś tarapatów wyciągnąć.
Evening Antarii:
-Oho, zakochany Drago? - mruknęła Eve i posłała wampirowi lekki uśmieszek i porozumiewawcze spojrzenie. -Nie wiem, widziałam ją raz, tylko wtedy. No i jak mówię, taka pyskata trochę. Partia w sam raz dla ciebie, nie sądzisz? ÂŁadna, zadziorna, odważna.
Dragosani:
Drago prychnął tylko.
- Nie bądź niedorzeczna. Miłość to tylko uzależniająca reakcja chemiczna w mózgu. - Machnął ręką na tę sugestię Evening.
- Ale jeżeli taka miałaby być "partia" dla mnie, to znam jeszcze kilka innych pyskatych kobiet. Więc mi tu nie pyskuj! - Ha, i interpretuj sobie to, anielico!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej