Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Lazurowy płomień
Narrator:
Zajazd nocą szczególnie wabił urokliwym wyglądem, odbijającymi się światłami z okien w taflach oczek, drobnych stawików i wodospadów, które okalały wejście do gospody. Piękne nocne nie bo na którym połyskiwały zielono fioletowe barwy, być może zorza, być może odbijający promienie światła pył... kto wie... jednak ten widok na zewnątrz, widok nieba wyciągnął wszystkich gości z gospody pozostawiając ją pustą, z jednym drobnym wyjątkiem.
W gospodzie przez okno Evening i Salazar idąc wzdłuż witryn, mogli dojrzeć jedną osobę, która załzawiona siedziała przy szynkwasie jednak po stronie gości a nie właściciela... Był to karczmarz, który łkając siedział an wysokim, barowym krześle zapierając jedną nogę o podpórkę, drugą o posadzkę, wspierając się łokciem na blacie mając oparte drugą dłoń o kolano... łkał, a łzy płynęły po policzku niczym strumienie słonej morskiej wody. Zbliżając się do drzwi słyszeliście jego zawodnicze wołania pełne lęku, ale też żałości i boleść i... Przepraszam... Przepraszam... Zawodził w szlochu wiedząc... że la da moment dosięgnąć może go zasłużona kara...
Evening Antarii:
Wszyscy byli na zewnątrz i podziwiali wspaniały świetlny spektakl niewiadomego pochodzenia. W środku jednak znajdowała się jedna osoba i chyba nie było zagadką kto to jest. Eve widząc ten przygnębiający obrazek najpierw nie wiedziała jak tu się odezwać. Czy być konsekwentnym czy litościwym?
-Nic nam po twoich przeprosinach- powiedziała jakby na przywitanie. -Na twoje szczęście albo nieszczęście umiemy walczyć i nie tak łatwo pozbyć się nas. Chyba jesteś winny nam wyjaśnienia... - mówiła spoglądając na Salazara bardziej doświadczonego przecież w "przesłuchiwaniu" i taki tam sprawach... W sumie umiała jedno zaklęcie teoretycznie mogące sprawić, że karczmarz zacznie mówić samoczynnie. Ale może z własnej woli coś wyjawi? Bez powodu nie zachowywałby się tak podejrzanie. Widocznie sumienie go męczyło.
Karczmarz:
Gdy karczmarz usłyszał głos Evening... który jakże był dźwięczny a jednocześnie srogi w słowach... w przerażeniu i ze strachu niemal spadł z hokera. Zeskoczył z niego i zaczął się wycofywać zapierając dłonią o kontuar i przesuwając do tyłu.
- Nie wiem o czym pani mówi - mówił ze strachem w głosie obcierając lewą ręką nos i twarz z łez. - Coś podać? - zapytał jak zwykle stając za kontuarem i chowając za nim dłonie. spojrzał na was z góry normując się i przestając łkać... szybko się opanował...
Evening Antarii:
Zachowanie karczmarza było takie dziecinne... Był jak dziecko, rozpłakał się jak mały chłopiec, a potem wycierał rękawem nos. Eve wiedziała, jak bardzo musieli uważać teraz na każdy jego ruch, gdyż nie mogli przewidzieć, co mężczyzna uczyni. A był nieprzewidywalny i niezrównoważony. Przynajmniej taki się anielicy wydawał.
-Właściwie, ja nie mam na nic ochoty. Nie przyszliśmy tutaj też na jakieś poczęstunki. Chcieliśmy się tylko dowiedzieć o tych magów...- spojrzała na niego srodze. -...co tam napadli nas w zagajniku.
Przypomniała jej się też pierwsza wyprawa dla Bractwa i tam też musiała walczyć z jakimś podejrzanym karczmarzem. Uznała, że wśród tej grupy społecznej, większość jest jakaś nienormalna. Aż strach cokolwiek zjeść i wypić!
Canis:
- I tych bandytów z pistoletami też, co najpierw znaleźli mnie na pomoście a potem wyprowadzili do zagajnika tak... - zauważył i wtrącił się do słów ale szybko się cofnął, co by nie wtrącać do jej działań. Miał nadzieję, ze metody wydobywania informacji wykorzystane przez Evening będą bardziej humanitarne, niż te, których sam zwykł stosować.
Zapewne nadmiar wiedzy powoduje drobne odchylenia od normy w zachowaniu tej grupy zawodowej... choroba zawodowa - cóż poradzić... leczyć!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej