Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Lazurowy płomień

<< < (31/37) > >>

Narrator:
Sen ma to do siebie, że jest wytworem naszej wyobraźni i efekty tego co się w niem dzieje mogą wynikać z naszych decyzji, jeżeli jesteśmy świadomi decyzji i to my kreujemy efekty naszych działań we śnie, kiedy jesteśmy pełnymi jego kontrolerami, albo bierzemy bierny udział lub pół bierny, gdzie nasze działania są mniejsze lub ich nie ma i dajemy się nieść wizji.

Evevning pełna woli i pasji, chęci zerwania tej irytującej rozmowy podjęła walkę i uderzyła mroczną postać boga wśród ludzi, samego Meaneba.

Błysk uderzył w postacie przenikając kolejne cząsteczki ciała Meaneba, a on sam zamarł z rozwartą gębą. rozwarł się rozległy krzyk pełen bólu i przerażenia, gdy ciało Meaneba zaczęło rozsypywać się w drobiny, w popiół, w pył, który wraz z podmuchem wiatru, zaczął znikać wraz z efektami wizualnymi blasku.

Evening dostrzegła, ze wraz ze zniknięciem Meaneba, którego dusza wraz z pyłem umknęła z jej oczu, zerwał się gwałtowny wiatr, zaś wiry energii, z wyładowaniami je tnącymi zaczęły słabnąc, aż wreszcie zniknęły. Ciemne chmury na niebie niosące śmierć rozmyły się ukazując piękne, gorejące w zenicie słońce. I teraz w całej okazałości pokazały się ponownie pustynne połacie, skał i tworów wulkanicznych, wysuszonych terenów łaknących jednego - wody...

Evening Antarii:
Po wszystkim Eve otrzepała ręce, jakby zadowolona ze swojej roboty. Niewiele jej było, za to była skuteczna, co poskutkowało przynajmniej tym, że złowrogie niebo nie górowało nad tą okolicą. Chociaż chmury to też zwiastun deszczu, a z błękitnego nieba nie spadnie ani jedna kropla wody potrzebna tej krainie...
Stojąc tak samotnie na środku zniszczonego Ardenos będącego jej snem, Eve postanowiła poszukać jakiegoś sposobu na wywołanie deszczu. Może w locie natchnie ją jakiś pomysł. Odbiła się mocno od ziemi i zaczęła mocno machać skrzydłami, które po chwili pozwoliły jej znaleźć się kilkanaście metrów nad ziemią. A potem wyżej i wyżej, by widzieć całą okolicę z góry, szukać wody, jej źródła...

Narrator:
Wznosząc się ku niebu i patrząc na horyzont, który to wraz z wnoszeniem się ujawniał dalsze połacie terenu pełne skał, górek, pagórków, szczytów wulkanów... ale i ogromnych kraterów.

W oddali jednak na linii horyzontu dostrzegła... że ziemia się kończy a zaczyna woda, to musiał być ocean! A nad nim, jego taflą unosiły się opary w formie pary, która... no jakby nie patrzeć, jest formą wody!  Pozostawał problem tylko jak ją zaciągnąć, przedmuchać nad tereny jej potrzebujące! Zdawało by się to być niemożliwe... jednak czy dla Anielicy-Rycerzycy takie to będzie? czy "służka" boga nadziei znajdzie jakiś sposób, by przewiać parę nad zasuszone, wypalone ziemie?


Salazar szedł sobie i szedł i w oddali poczuł znajomy już zapach. Poczuł pewien charakterystyczny zapach... intensywny, przyjemny - charakterystyczny i kojarzący się z roślinnością łąk i traw (taki ten... wiesiołkowaty o!). Czuł go, gdy po raz ostatni wraz z dwójką magów raczył się wycieczką w niebezpieczne góry... nie poczuł się senny.

Canis:
Ten zapach poznał, gdy wraz z Rakbarem i Elrondem udał się do kopalni srebra, z której docierały alarmujące wieści o agresywnych Haresisach atakujących kopalnie i dziesiątkujących straże jak i górników... Tak też rzeczywiście było, harsesisy w obronie swoich legowisk atakowały pracowników kopalni broniąc swoje młode, w obliczu zagrożenia każdy rodzic zapewne postąpił by tak samo... no chyba, ze sam zabija swoje dziecko czy coś, takie wypaczone jednostki też się zdarzają. Tak...t ego dnia zdobył swojego Harsesisa jako chowańca! No Na tow wspomnienie aż się uśmiechnął, by po chwili radość przemieniła się w smutne odczucie, gdy nawet nie udało mu się go dobre upiec... a tak długo go hodował.

Jednak zapach ten dokładnie znał i był mu niezwykle miły! A to za sprawą chociażby niedokończonego snu! Od razu wspomniał swój sen, który miał tego dnia... a śniło mu się, ze kąpał się w ogromnej kadzi wielkości dobrego jeziora, kadzi pełnej krwi, do której znoszono kolejne osoby i podrzynano im gardła dolewając kolejnych litrów ciepłej krwi... tak... to był dobry sen w odczuciu i jego wspomnieniu. Najgorsze było to, ze miał mieć ciąg dalszy... bowiem na samym dnie jeziora... było coś... czego nie znał, nie zdążył poznać, a bardzo chciał... Baron Noldor raczył jego i Nasarda swoimi zdolnościami regenerującymi czy odtruwającymi i wybudził ich ze snu.

Rozglądał się uważnie pod nogami, by dojrzeć je i przypadkiem nie rozdeptać tych zwierząt, bowiem były niezwykle rzadkie!

Evening Antarii:
Ponad oceanem unosiła się para wodna, która jakoś nie chciała się przemieścić nad ląd, chociaż miała tak blisko... Coś trzeba było wykombinować... I znowu jakaś pustka w głowie, ech.
Eve wzleciała nad ocean i ustawiła się w stronę lądu. Postanowiła wykorzystać do wywołania wiatru pewną umiejętność zwykle przydatną na polu walki. Wiedziała, że aby ta umiejętność zadziałała, musi wyjąć jakąś broń. Tak więc dobyła srebrnego miecza.
Anielica zaczęła w miejscu obracać się wokół własnej osi i rozpędzać przy pomocy skrzydeł, a po chwili osiągnęła bardzo dużą prędkość wirowania. Zachowywała się jak tornado, wokół niej powstawał wiatr. Chciała by to poskutkowało, a to w końcu sen gdzie wszystko może się zdarzyć według jej woli. ÂŁącząc te dwa czynniki, wolę i działanie, liczyła na choć częściowy sukces.
Gdy zatrzymała się czuła, jak kręci się jej w głowie, a także jak słaba jest... Ale chmury przesunęły się nad ląd. Eve wylądowała ostrożnie i patrzyła jak obłoki zbierają się nad spaloną, spustoszoną ziemią.


//tornado pożogi

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej