Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Lazurowy płomień

<< < (30/37) > >>

Narrator:
//20 metrów? W zasięgu głośnego gadania... Możesz sama określić jak się do niego przybliżasz, on stoi na ziemi. :)

- Nie udało... masz rację... dwa razy dałem się przechytrzyć swojemu cholernemu nasieniu. Pierwszy raz wraz z moim bratem haniebnie sprzeniewierzyli się przeciwko mnie... przechytrzyli mnie cholerną nierządnicą... ah mam słabość do kobiecych bioder... - wspominał przyglądając się tobie. - Za drugim razem... miał zwyczajnie szczęście, ze powierzyłem powodzenie misji nieudacznikom, krasnoludom, orkom, tej nieczystej masie! - mówił głosem pełnym pogardy i nienawiści. - Ale dzisiaj... Dzisiaj uwięzieni za mgłą, nie widzicie co robię, nie jesteście świadomi co was czeka, a ja... ja już teraz prowadzę wojnę na waszym Valfden... już dziś powstaje front w kolonii, który doprowadzi do waszego unicestwienia, nie będę musiał nawet do was płynąć. HAHAHAH! - roześmiał się złowrogo...


Minęło 6 godzin, a słońce już długo szczytowało na niebie, gdy Salazar zbudził się.

//Jest godzina 18.00 słoneczko świeci, wszędzie cisza i spokój, wietrzyk delikatny powoli zaczyna się wzmagać.

Evening Antarii:
-Wojska Valfden znów z tobą zwyciężą- odparła pewna siebie Eve, lądując na ziemi. -...czy tego chcesz czy nie. Mgła wreszcie zostanie zniszczona, a nasze siły z łatwością odeprą twój atak. Ta zgraja więźniów i skazańców szykuje jakiś bunt? Prędzej oni sami się wybiją, niż zagrożą jakiemuś valfdeńczykowi. Nie są warci złamanej grzywny, a ty, dowodząc tą śmierdzącą zgrają, nazywasz się bogiem ludzi? Phi! Dobre sobie. Nikt się ciebie nie boi... Dysponujemy potężnymi magami i wojownikami Zartata. Poza tym nasze wojsko jest wierne, posłuszne i wyszkolone. Nie to co więźniowie z kolonii- a mówiąc to wzbierała w niej jakaś złość ale też przekonanie do własnej racji. Przyglądała się poczynaniom Meaneba, a raczej jego wizerunkowi wytworzonemu w jej głowie. W razie jakiejś nagłej, nieprzewidzianej sytuacji, była gotowa szybko zaczerpnąć boskiej energii.

Canis:
Salazar otwierając oczka zanim podniósł głowę przemyślał 2 razy czy warto się podnosić i tracić energie... być może nie ma sensu, może szkoda wysiłku i energii? Ale cicho było, lekki wiaterek, niby ładny dzień... Wtedy dopiero zaczął myśleć czemu nie jest w łóżku tylko pod jakimiś kocami. Wtedy przypomniał sobie że przecież nie jest tu sam! Gdzie Evening "Anielica-Rycerzyca"?! pomyślał zestrachany a jego mina pełna przerażenia i strachu a oczy wielkości denara...  <huh> . Zerwał się z usłania, przypomniał sobie, że przecież Eve poszła już do posiadłości, już ciężko może walczy albo dogląda korzystnych pozycji do unieszkodliwienia terrorystów, a on sobie w najlepsze "lomara tnie". Poprawiając swoje odzienie, ruszył w dzicz w kierunku posiadłości Annara.

Narrator:
- Jestem bogiem wśród ludzi... ludzie są zbyt słabi, nieudolni, jestem lepszy i tworzę świat dla lepszych istot, niż ludzie. dla takich jak ty, też nie będzie miejsca. Pójdziecie do swojej przystani i tym razem, to my was zapieczętujemy. - powiedział i uśmiechnął się, a oczy wypełnione smołą przymrużyły się, przenikliwa czerń niczym mrożący krew w żyłach promień analizował ciebie.

- Przecież nie mówię o więźniach. Widzisz te wiry? to takie bramy... przejścia... u was na Valfden, dzięki pokładom niebieskiej rudy został otwarty podobny, mniej widowiskowy... ale podobny... tylko dzięki temu, że na czas utworzyliście barierę jeszcze istniejecie...

Evening Antarii:
Meaneb, czy tam jego wyimaginowany twór, mocno ją irytował, chyba nawet bardziej niż Annar. Obaj postawili wysoko poprzeczkę. Jeden i drugi mówili rzeczy, których Eve nie chciała słuchać. Jakoś... takie dziwne postaci mocno zaczynały ją irytować i negatywnie na nią wpływać. Wkurzyła się - mówiąc kolokwialnie.
Nie mogąc dłużej zdzierżyć tej potwornej mowy i diabolicznego śmiechu Meaneba, Eve sięgnęła po boską energię zgromadzoną w jej duszy. Zrobiła to szybko i umiejętnie, gdyż to kwestia wprawy i dobrego treningu. Wyciągnęła dłoń przed siebie w której kumulowała się czysta magiczna moc. Wykrzyknęła inkantację Izeshar upishosh! posyłając w Meaneba potężny słup światła. Owo światło zalało ciemną postać swym blaskiem. Rozbłysk był szybki i niesamowicie jasny. To byłoby nieco trywialne pokonać wroga całego Valfden jednym zaklęciem... ale to tylko sen. Na dodatek żywioł życia przeciwstawiony postaci ucieleśniającej śmierć mógł wiele zdziałać. I przeciwnik zdawał się nie przewidzieć tego ataku anielicy bardzo dokładnie. Jeśli go nie zabije to przynajmniej spopieli, a nawet jeśli to się nie uda, to powinien choć na chwilę zostać unieszkodliwiony...
Dziewczyna mocno wierzyła w siłę tego zaklęcia. Choć banalne, to tu tak naprawdę nie ma żadnych ograniczeń. Wszystko jest tak, jak podpowie jej podświadomość, a jej prawdziwemu ciału nic przecież się nie stanie.


//błysk niebios

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej