Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Lazurowy płomień

<< < (28/37) > >>

Canis:
Podniósł rękę i pokręcił głową.
- Ja nic nie chcę. Własnie o to chodzi, czego ty chcesz. - Powiedział i uśmiechnął się.- Ty tutaj rządzisz, to twoja świadomość, ja jestem tylko pomocnikiem który korzysta z czasu i próbuje ci pomóc i zrobić to co ty chcesz, póki mam an to czas. I nie bez powodu tak wyglądam, brzydki jestem nie? - zapytał i się uśmiechnął oglądając swoja łuskę, nie mógł uwierzyć, ze tak wygląda strasznie go to bawiło. - W każdej chwili możesz się pozbyć tego wyglądu nie widzieć nic, spać, i czekać aż się obudzisz, bo... w końcu to tak jakby sen. A sny są... często nienormalne. Ale możesz też z niego skorzystać... to twój wybór który masz tak długo dopóki nie przestaną działać te opary roślin albo ktoś cie nie uratuje. Jak byś wolała? - Zapytał z ciekawością przekrzywiając głowę.

Evening Antarii:
-Nie chcesz? No dobra, to ja chcę- odpowiedziała stanowczo.-Czy brzydki?... Taki jak gad, gady nie są zbyt urokliwe, chyba że dla siebie nawzajem- wzruszyła ramionami. -Chcę polecieć nad tą krainą zniszczoną asteroidą. W końcu to mój kraj. Był.

Narrator:
Gadzina cofnęła dłoń i złożył razem ręce, zaprosił gestem do siebie i uśmiechnął się. Wzrok ten znany, dziś jak i każdy poprzedni dzień te oczy i ich wyraz jest taki sam... niemniej jednak Evening usłyszała rozchodzący się gwizd... początkowo to Salazar-jaszczur gwizdał powolną melodię, by po chwili jego postać niczym bańka wypełniona płynem zaczął się przeobrażać i zmieniać barwę, formować się w całkowicie inne stworzenie lewitujące w powietrzu mimo, że posiadało skrzydła...


//www.youtube.com/watch?v=cUXyhaRfyrg
Gdy postać anioła, który wygwizdywał melodię na kości, odłożyła narzędzie zbrodni na zmyśle słuchu.

Zatem lećmy...

Powiedział i przypiął kość do pasa, po chwili zaczął machać skrzydełkami a jego wątła, szkieletowa postać pomknęła w powietrze zgiąwszy jednocześnie nogę w kolanie drugą prostując... wyglądał jak popularna postać anioła fruwającego po mieście... tylko jakby był martwy. Zawisł nagle w powietrzu i zwrócił się w twoją stronę i zaprosił dłonią do siebie, by zamaszyście okazać spalony i zniszczony świat.

Evening Antarii:
Kolejna transformacja nie zdziwiła Eve. Chyba już przywykła do tego, że jej anielska rozmówczyni tak łatwo się zmienia. W końcu to tylko projekcja jej mózgu a na tym poziomie wszystko jest możliwe. Postać ta najbardziej była przerażająca ze względu na upiorny wygląd i aurę spowodowaną melodyjką wygrywaną na kościanym flecie.
Umiał nie tylko lewitować ale i latać. Eve także rozłożyła swoje białe skrzydła, by dołączyć do postaci w locie.
To, co widziała było bardziej przerażające, niż widok z okna, który nie był tak przejrzysty. Na ziemi nie było kompletnie nic zielonego, gdyż ogień zniszczył rośliny, a dymy zanieczyściły powietrze. Jakaś lawa płynęła strumykami, które powstały od pękających skał. Nie było śladów życia tylko samo zniszczenie, śmierć. Po lasach zostały osmolone kikuty, po trawach czarne pogorzeliska.
-Ktoś to przeżył, mieszka tu?

Narrator:

- Tak. Przeżyło to kilka istot... lecz ich ciała zostały znacznie zmienione i zdeformowane to to co im pozostało ciężko nazwać życiem... Mieszkać nie... nikt nie mieszka... komu się udało w porę uciec ten wiedzie życie straszne, zdeformowane, inne... - mówił skrzekliwym głosem kolejno dalej pokazując kolejne elementy świata. - Tylko synowie otchłani mogli zasiedlić te ziemie w ten czas.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej