Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Evening Antarii:
Najmłodsza, najmniejsza i chyba najbrzydsza z córek, o wąskich oczach i wąskich ustach, a także brakach w uzębieniu ruszyła do kuchni, a po chwili wróciła z miską wody i postawiła ją przy ścianie.
- Co tak sterczycie- burknął Grunaldi. - Siadajcie bo jak kat nad nędzną duszą się pastwicie- posłuszne córki nic nie odpowiedziały, tylko usadowiły się po drugiej stronie, to znaczy tak, że niemal przysłaniały Eve i Salazarowi widok na piękne szczyty.
Evening szturchnęła lekko Salazara, a potem posłała mu uśmieszek. Miał on oznaczać tyle, że dziewczyna łączy się z nim w bólu niejako przymusu patrzenia na córki Grunaldiego. Ale cóż, trzeba było być miłym, wszak jego rodzina ugościła ich i dała jeść.
-Prawda, pachnie bardzo smakowicie. Piękny pałacyk! Aż dziw, że w tak surowym klimacie można budować takie cuda- zagadała jeszcze. W tym czasie wszedł Eryk i Klemens i zasiedli obok swych sióstr.
- Ano, nawet łatwiej jest! Nie męczą nas upały, ulew specjalnych też nie ma, tylko zwykły miarowy deszcz. Suszy nie doświadczyliśmy nigdy, no poza tym okresem zimowym ale to wiadome- mówił.
Wreszcie na nakrytym zastawą stole pojawiła się wielka misa z baraniną przyniesiona przez żonę Grunaldiego. Ten wstał, wziął specjalne sztućce i zaczął dzielić soczyste kawałki mięsa.
Salazarowi podał karkówkę, piękny kawał bez tłuszczu, ociekający sosem. Jeden z najlepszych kąsków. Eve trafił się chyba udziec, córki dostały nieokreślone kawałki, takie które rozleciały się podczas gotowania. Małżonka otrzymała część żeberek, a Grunaldi sam sobie nałożył mięso z okolic mostka. Klemen i Eryk podzielili się drugim udkiem i golenią.
- Smacznego!
I zabrzmiał dźwięk sztućców obijających się o siebie i talerze.
Evening chciała spałaszować wszystko za jednym razem, nie dbając ani o krojenie nożem, czy prawidłowe nałożenie sobie sałatki. Musiała się jednak opanować, ale i tak jadła szybko i zachłannie. Nieważne, że nie lubiła baraniny! Nic innego tu i tak nie mieli.
-ÂŚwietnie pani gotuje- rzekła do żony Grunaldiego między kęsami.
- Aaaa, to zasługa dobrych hodowców owiec. Mięso dzięki nim jest tak dobre- odpowiedziała skromnie.
Canis:
Maja widząc idącą kobietę i kładącą miskę z wodą ruszyła niczym rozwścieczona bestia do niej. gdy tylko miska wylądowała na ziemi, zatopiła swój pyszczek pochłeptując wodę jakże zachłannie. Patrząc od tyłu widać jedynie było merdający nad grzbietem ogon z radości.
Salazar w odpowiedzi na szturchnięcie tylko skierował swoje oczy na Eve z ponurą miną, na której jedynie smutek gości, no wyglądał pociesznie jak by miał zaraz się rozpłakać z rozpaczy.
Ale szybko opanował swoją minę i ponownie z fałszywym uśmiechem patrzył na wszystko inne, tylko nie przed siebie w okno. Akurat tutaj cholera... Jakby innych krzeseł nie było! Kłębiło się w myślach, jednak poznać po sobie nic nie dał.
- Pałacyk nadzwyczajny... Z pewnością wiele osób poświęciło swoje życie by powstał w takiej okazałości. Dom rodzinny od wielu pokoleń? - Zapytał, nie mając oczywiście nic złego na myśli, kiedyś budowa pałacu jakiegokolwiek niosła ofiary, chyba że był spokojnie rozbudowywany za każdym pokoleniem, wówczas zrozumiałe było by poświęcenie każdego z nich dla świetności rodu.
Gdy dostał mięsiwo miał dylemat moralny, czy poczują się urażeni, gdy odda część Mayi? zapewne tak... więc nie mógł, zaś widok na przeciw przy stole okrutnie zniechęcał go do jedzenia. I jak tu żyć... Zastanawiał się przez chwilę, gdy wziął widelec w lewą, zaś nóż w prawą dłoń i spokojnie pokroił kawałek karkówki na plastry, zostawiając mały fragment na końcu, po czym każdy kawałek kroił na mniejsze kęsy próbował zająć się czymś innym niż myśleniem o tych córkach i znalazł! zaczął myśleć o kimś innym. Tak wygrywa nasze wewnętrzne ja z rzeczywistością, dając własny obraz sprawy skrywając realia. Sięgnął po pieczywo, które być może pojawiło się na stole,m wszakże wolał buły niźli bulwy, tak więc miał nadzieję, chociaż jak nei było... to przeżył by i bez i tak więc zajadał kawałek po kawałku wyobrażając sobie magiczne chwile, gdy przyjemnie tańczył w karczmie Ekkerund, to wspomnienie nie tylko budziło jego wewnętrzną radość i przyjemność z urokliwych walorów estetycznych tancerki, ale także wspominało okres gdy był spragniony odrobiny wina! Tak sobie poradził z okrucieństwem świata!
Evening Antarii:
- Piwnice to jeszcze powstały... Za mojego prapradziada. To on stworzył podwaliny. Fundamenty znaczy... A potem mu się zmarło. Mój pradziad zaś miał łeb na karku, wynajął ludzi i podczas jednego lata zbudowali dwa piętra i okryli dachem. Bibliotekę dobudowałem dopiero ja. Gromadzimy tam historię naszego klanu i rodziny- wyjaśnił.
Wszyscy już powoli kończyli kolację. Wtem z korytarza dobiegł ich krzyk pomieszany z histerycznym płaczem. - Pomocy! Wypuśćcie mnie błagam!....
Ktoś jednak szybko pojmał skomlącą dziewczynę i jej błagalne wołania ustały. Wszyscy spojrzeli po sobie. Grunaldiemu wystąpiły kropelki potu na czoło.
- Ach te niewdzięczne służące!- powiedział wreszcie.
- Lara, zaprowadź gości do salonu- nakazała córce matka. Powiedziała jej też jeszcze coś na ucho i było to bardzo tajemnicze.
- Zapraszam do salonu. Jest tam kominek i wygodne sofy- rzekła zawstydzona Lara.
Eve zmieszana wstała od stołu, podziękowała za posiłek, i niezmiernie zdziwiona poszła za dziewczyną...
Canis:
- Ekhem! Panienka Lara poczeka. - Chrząknął głośno i delikatnie chwycił Eve za ramię i spojrzał na nią proszącym wzrokiem, by poczekała. Oczywiście szybko puścił rękaw bo było to jakże nie miłe by tak czynić. Wstał z krzesła. - Panie Grunaldi. Moja służba nie zwykła wołać pomocy, chyba że jest zagrożona, a pokładam wszelką nadzieję i wiarę, że w pana domu jest bezpiecznie i gościnnie tak dla służby jak i gości. Zatem może zechce pan przyprowadzić tu służbę albo zaprowadzić mnie i panią Evening do niej? Zwykłem nie przechodzić obojętnie gdy ktoś woła pomocy. Zwłaszcza, że to "wypuśćcie mnie" brzmiało jakby pętano ją tu siłą. Zgodzi się pan jak mniemam na to, by pomóc panu z niesforną służbą. - Powiedział z uśmiechem i skinął głową a na jego twarzy zagościł jakże miły i serdeczny uśmiech. - Rozumie pan zapewne, że plotki są jak wiatr, dziś wieje tu, jutro w Efehidonie, dokąd niedługo przyjdzie nam się udać, jeżeli nie odmówi nam pan nocnej gościny. Jednak jak spokojnie zaznać snu, gdy nocna mara jak tenże krzyk powróci we wspomnieniach? No nie godzi się przejść bez sprawdzenia, tak jak niegodnym było nie zaproponować wam pomocy w przeprawie górskiej. - Mówił spokojnie bębniąc palcami obu dłoni o blat stołu licząc na nich jak długo zajęło mu wypowiedzenie tych słów. po czym spojrzał na zacnego gospodarza, który jak każdy widać krył swoje grzeszki! I nie dziwota! normalna rzecz mieć swoje na sumieniu! A ciekawość jest jeszcze lepsza, bo dostarcza informacji o wszystkim i o wszystkich!
Evening Antarii:
Grunaldi wstał rozeźlony, jego twarz przybrała dziwnych złowrogich rysów, zupełnie innych niż dotychczas.
- Wy południowcy zwykliście wtykać nos w nieswoje sprawy, ale powinniście wiedzieć, że czasem nowi niewolnicy nie mogą pogodzić się ze swoim losem. Proszę nie mówić mi jak mam zarządzać moim domem, bo każdy kto znajduje się pod dachem tego budynku musi przestrzegać moich zasad. Drogę na południe znacie! Nikt wam nie każe tu zostać!!!- krzyczał, unosił głos, a na koniec walnął pięścią w stół aż sztućce podskoczyły.
- Pomogliście nam, owszem. Dostaliście jadło i ciepły kąt. Dostaniecie też zapasy na drogę powrotną. Ale jeżeli zainteresujecie się tym czym nie powinniście.... Biada wam. Możesz sobie być tym sędzią, północ żyje innymi prawami, prawami przetrwania, a nie spisanych reguł! Także albo uszanujecie mój dom, albo każę szykować wasze konie do drogi! A wy i wszyscy ludzie z południa, nigdy nie będziecie tu mile widziani, jako wścibscy i przemądrzali.-warczał Grunaldi. Wstąpiła w niego zupełnie inna osoba, nie do poznania...
Warto też zaznaczyć, że dla nich każdy był z południa, oprócz krasnoludów i okolic Ekkerund.
- Laro... Zaprowadź ich do salonu... proszę... Goście muszą odpocząć- powiedział bardzo potulnym głosem.
Evening nie miała zamiaru pytać o te krzyki. Sama nie traktowała swych sług idealnie, dlatego stwierdziła, że Grunaldi też nie dostarcza im wiele swobód i wygód. Stała obok Salazara zaczerwieniona na twarzy. Nie było jej wstyd, po prostu się mocno zdenerwowała i nie chciała wdawać w dyskusję.
-Sal, to na pewno nic groźnego...- szepnęła mu gdy Grunaldi wreszcie zasiadł. Jego żona zaś opuściła pokój. Synowie siedzieli sztywno, przestraszeni. -Chodźmy już...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej