Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
- Wara wyżresz im cały owies i będę musiał się wstydzić... głowa twoja zawiśnie, pamiętaj... - nachylił się nad grzbietem cichutko niemal szeptem mówiąc do ucha Pałasza, po czym pogroził palcem. Koń tylko parsknął jak gdyby mówiąc. "Ta, jak zwykle grozisz a potem nic nie robisz, phi!" a potem rzucił kątem spojrzenie przekrzywiając głowę i patrząc spodełba na swojego jeźdźca. Ten wzrok jasno mówił: "To ty nie zrób mi wstydu!" Na co Salazar się obruszył i obraził, i tak dwójka mknęła za saniami obrażona na siebie nawzajem.
Iście malownicze sceny spokojnej wsi bez gonitwy za mijającym nieustannie i nieubłaganie czasem wzbudziły w Salazarze zazdrość, zazdrościł im beztroskiego, spokojnego życia, bez nerwów,k gonitwy za monetami... żyli w swojej niewielkiej komunie co jakiś czas jadąc do innych miast handlować czy wymieniać swoje rarytasy regionu, lecz wiedli w życie w spokoju uzależnieni głównie od siebie i od tego co sami zrobią. Zauważył też, że on tak nie ma... on jest uzależniony od ludzi takich jak Grunaldi i jego pobratymcy, którzy pracują w pocie czoła płacąc daniny, z których to on co tydzień ma zysk, pasywny bo pasywny, stały i bez wysiłku... I w tym momencie zdał sobie srawę w na ile lepszej sytuacji się znalazł, częściowo lepszej a częściowo gorszej... światopoglądowo gorszej, praktycznie poniekąd lepszej...
- Przyda się chwila odpoczynku po trudach podróży. - Dopowiedział tylko racząc się wizją regionalnych rarytasów na stołach, możliwością obejrzenia jak tak właściwie żyją ludzie z tego "klanu". - A że się tak spytam... czemu "dwugłowy orzeł"? Tak pytam, gdyż to jest herb jednego z rodów, dokładniej Serquila, dosyć wrogiego nam, do którego należy znienawidzony i okrutny ojciec naszego władcy tak tylko pytam rozumiem... pewnie przypadkowa zbieżność? od czego więc pochodzi? - Dopytywał z ciekawości oglądając sunącą po niespokojnych falach morskich gładką taflę lodu-krę. Co szczególnie mu się podobało, gdyż wyglądało to jak gdyby klimat tutaj drastycznie się zmieniał, a zimą jak gdyby było tutaj cieplej.
Evening Antarii:
- Tak tak... Wiem o co ci chodzi. Nasza społeczność istniała jednak na długo przed nim- odpowiedział zmieszany Grunaldi. - Orzeł to dumny ptak, a dwie głowy świadczą o walce jaką codziennie staczamy. Z morzem. I z siłą gór.
Kompania zbliżała się nieubłaganie do wioski. Wreszcie dotarli do samych bram, gdzie witali ich wszyscy przechodnie, a nawet ludzie machali im z okien. Cieszyli się bardzo, dopóki nie zauważyli, że ponad połowy członków ekspedycji nie wróciło do domu. Tak samo nie było tak potrzebnych zapasów na hemis. Mrozy nadciągały, a ludzie mieli ograniczone zapasy w spiżarniach. Przybycie Grunaldiego, choć tak wyczekiwane, przyniosło tylko ból i smutek, a także brak nadziei i wizję zimowych głodów.
ÂŻony, matki, siostry wyszły na ulice, by powitać swych mężów, synów i braci. Ci jednak mieli nigdy nie powrócić do swych domów.
Mieszkańcy gromadzili się powoli na głównym placu, na którym to przystanął Grunaldi i jego dwóch ocalałych synów. Evening zaś zeszła z konia i spuściła smutno głowę. Nie chciała na razie patrzeć tym ludziom w oczy, wiedząc, że stracili bliskich na znanych przecież szlakach, których ich klan używał od zarania dziejów.
- Przy samym Ekkerund dopadli nas łotrzy... Zrabowali wozy wypełnione kupionymi rzeczami i jedzeniem, zniszczyli je i pozabijali naszych braci- zaczął ponuro. Zaczęło prószyć. - Oto mieszkańcy ze stolicy, którzy ofiarowali swą pomoc i umiejętności walki, pomogli nam dotrzeć do domu, by nasi bracia odbyli ostatnią podróż w rodzinne strony, by tu pogrzebać ich ciała. Nie będziemy się jednak zniżać do poziomu tych złoczyńców! Wyrządzili nam zło, ale jesteśmy silni. Będziemy żywność rozdzielać racjonalnie, by ta hemis nie należała do najgorszych w waszym życiu- mówił podniesionym i pełnym dumy głosie. Gdzieś tam jednak słyszalny był żal. - Wiem, że wiele z was będzie cierpieć- zwrócił się do kobiet. - Ale wiedzcie, że wasi mężczyźni zginęli w walce, zaciekle broniąc naszego dobytku! Możecie czuć dumę. Ze skarbca mój skryba wypłaci wam, jeszcze dziś!, po 400 grzywien zapomogi. Nie zostaniecie same. Ja także poniosłem wielką stratę, choć nie wszystkich synów straciłem. Tam na wozie leżą ciała zmarłych, pogrzebiemy ich za dwa dni. Niech bogowie będą z wami...- tym smutnym pozdrowieniem skierował się do własnego domu.
Klemens i Eryk mieli zająć się koniami. Także Pałaszem i Płotką. Grunaldi zaś zaprosił Eve i Sala do swojego domu...
Canis:
- Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Innos i Beliar umarli i powrócili do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi. Wszyscy przecież staniemy przed trybunałem bogów. Napisane jest bowiem: - Na moje życie - mówi Pan - przede Mną klęknie wszelkie kolano, a każdy język wielbić będzie bogów. Tak więc każdy z nas o sobie samym zda sprawę bogom. - powiedział wspominając jedno z czytań, które jakże pośrednio zawierza umarłych bogom tak Rasherowi jak i Zartatowi. Jednak wiedział, ze nikt nie chciał go słuchać, więc darował sobie dalszy wywód. Słuchając Grunaldiego zrozumiał, ze calą wioską mon tu musi zarządzać, a tym samym odpowiadać za jej bezpieczeństwo i dbać o nią, opiekuje się skarbcem, 400 grzywien za zmarłą ofiarę na służbie. Salazar nawet nie wiedział czy to cokolwiek znaczy w obliczu straty, sam zarabiał więcej tygodniowo i 400 grzywien to było jak jedno wyjście do karczmy... Jednak nic na to nie wspomniał, nie chciał nikogo ranić ani dołować. Chociaż przy stracie kogoś bliskiego 400 grzywien nie było by dla niego żadną rekompensatą w obliczu straty.
Zeskoczył z konia i podał lejce jednemu z dwójki synów i sam poszedł w ślad za Eve i Grunaldim do domu. Również ze zwieszoną głową wszakże także nie wiedział co powiedzieć ludziom, którzy doświadczyli straty, której nie powetują sobie do końca życia a w sercu wiecznie ból nosić będą po stracie najbliższych. W takich wypadkach cieszył się, ze nie ma rodziny.
Evening Antarii:
Dom Grunaldiego i jego rodziny nie znajdował się w samym centrum wsi, prowadziły do niego kamienne zadbane dróżki między kamieniczkami i niskimi chatami, teraz nawet odśnieżone. Był to właściwie pałacyk a nie dom. Zbudowany z kamieni i drewna, o czerwonym solidnym dachu. Wschodnie skrzydło ozdabiała wieżyczka z dużymi oknami. Do zachodniej strony budynku dobudowany zaś był budynek, który jak się później okaże, jest biblioteką.
Przed domem był ogród, teraz oczywiście wszystko przykrywał śnieg. Aż dziw, że w takim klimacie udało się stworzyć właśnie coś na kształt ogrodu. Były w nim zadbane alejki, a ta najszersza prowadziła właśnie do drewnianych i potężnych wrót pałacu.
W drzwiach stała zaś żona Grunaldiego. Starsza, spracowana już kobieta, ale zadbana. Szary kok widniał na jej głowie, lecz dodawał jej tylko poczciwości. Ubrana w grubą wielowarstwową suknię. Teraz stała ze splecionymi z przodu dłońmi... Obok niej trzy córki, a brzydkie były strasznie, ale to może później. Choć Salazar nie mógł oderwać wzroku od ich garbatych nosów i dziwnych pieprzyków na twarzy. Eve zresztą też nie mogła napatrzeć się na te trzy dziewczyny, które były tak wychwalane przez ich ojca... Co on w nich widział? Miłość ojcowska czy jak? Eve skrzywiła się nieco na ich widok. Choć matka jakoś specjalnie brzydka nie była, to może Grunaldi pod tą brodą ukrywał swą brzydotę?
Kobieta przywitała się z mężem, a potem córki także przytuliły się do ojca.
- Leon i Dezydery... Zginęli w walce, tak jak każdy pragnąłby zginąć- powiedział Grunaldi w ramach przywitania. Wszyscy weszli do środka, Eve i Salazara wpuszczono przodem.
- Kochanie, dziewczęta, to jest panna Antarii, służy w Bractwie ÂŚwitu. A ten przystojny młodzieniec to Salazar, hrabia i sędzia w Efehidonie- przedstawił ich.
- Witajcie w naszych progach. Moja córka Lara przygotuje wam pokoje, ale najpierw zjedzmy wszyscy razem. Zajmiecie przy stole miejsca naszych synów- powiedziała starsza kobieta i poprosiła, by wszyscy weszli do podłużnego pokoju, z kominkiem na jednym końcu i stołem ciągnącym się przez środek tej jadalni. Po prawej stronie znajdowały się duże podłużne okna z widokiem na górskie szczyty.
- Siadajcie, siadajcie- zachęcał Grunaldi. Gdy tylko ujrzał na stole mocne piwo w kufelkach rozchmurzył się. Dziwni byli ludzie północy...
Trzy siostry nie siadały jednak tylko stały pod ścianą jakby czekając na rozkazy.
Evening zajęła miejsce naprzeciwko okna by mieć dobry widok podczas jedzenia. W domu unosił się już zapach przypraw i szykowanego mięsa.
Canis:
- Jaki przystojny, przeciętny i normalny raczej. Mówił idąc za Grunaldim. Ale gdy dojrzał "piękności" tych terenów, zrozumiał czemu tak zachwalał córki, chciał jak najszybciej dać je na wydanie by nie musieć oglądać! Ale z kamienną twarzą i fałszywym uśmieszkiem wszedł do środka nie dając nic po sobie poznać ani i swoim mniemaniu i zdaniu na ich temat.
- Mam nadzieję, ze nie będziecie mieli nic przeciwko, by moja Maya również weszła do środka. Chciałbym prosić też o jakąś miskę wody dla niej. - Mówił wskazując dłonią za idącą przy Salazarze suczki Taru, która dalej z wyczekiwnaiem doglądała swojego właściciela i jego znajomą Eve, idącą tuż obok, dalej nie wiadomo czego chcąc.
Matka rodziny zarządziła gdzie siądziemy kogo miejsce zajmiemy, zatem nie pozostało nic, tylko skorzystać z zaproszenia do gościny, na miejsca ich synów. Salazar widząc Eve podchodząc nawet nie zdążył dojść do miejsca gdzie Eve chciała usiąść, gdy ta zajęła piękne strategiczne miejsce, by w razie nudnej rozmowy przy obiedzie móc zająć się doglądaniem klimatycznych scen. Salazar usiadł tuż obok niej, co by korzystać z tego samego okna, wierzył, ze Eve się podzieli w razie nudnej rozmowy i pozwoli zerknąć na ten sam szczyt przez tę samą framugę okiennicy!
Maya podeszła bliżej i położyła się przy krześle zwijając w kłębek. dyszała ociężale, najwyraźniej zmęczona podróżą. Jej oczka rozbiegane latały po nowym miejscu z ciekawością świata analizując każdy skrawek pomieszczenia. Zapach dotarł również do niej, jednak jak gdyby nigdy nic ignorowała go, wiedziała, ze czymś takim to jej nie raczą, ba więcej! Wiedziała, że nie wolno jej jeść przypraw, bo to źle działa na jej organizm.
- Piękne zapachy się unoszą. - Powiedział z uśmiechem już siedząc przy stole chcąc chociaż jakoś zagadać, niewiedząc co powiedzieć, a jeszcze czekali z pewnością na powrót pozostałych 2 synów.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej