Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Eros:
Przy usypanym kopcu śniegu, który skrywał ciało "Amare" pojawiła się tajemnicza postać. Spod kaptura przy wypłowiałym szarym płaszczu połyskiwały zielonkawe, rozjarzone oczy. Postać rozpostarła ręce nad grobem ujawniając swe szare dłonie pokryte fragmentami zielonych szklanych płytek, jak gdyby łusek, jednak pokrywających jedynie elementy ciała, pomiędzy nimi widać było skórę pokrytą ranami i liszajami.
Ujrzeliście jak kopiec śniegu rozsypuje się na boki odsłaniając przysypane ciało. Postać uklękła przy nim i energicznym ruchem wyprostowanej dłoni, która zwieńczona była ostrymi jak brzytew pazurami, wbił się pod żebra martwego ciała, pochwycił serce i wyjął je tą samą drogą, którą włożył rękę.
Będąc odwróconym do was plecami, zawiesił między dłońmi serce i zaczął szeptać niezrozumiałe inkantacje, zaś z jego dłoni płynąć energia w formie błyszczących czerwonych drobin. Drobiny uderzały w serce. po chwili drobiny ogarnęły całą powierzchnię i wnętrze i zaczęły się skurczać i ściskać, zamieniając organ w lity, błyszczący kamyk w szkarłatnej barwie o specyficznym kształcie. Postać chwyciła za kamień i trzymając w dłoni, zaczęła pazurem skrobać po powierzchni rubinu, napis brzmiała:
--- Cytuj ---"Amare sanctus est"
--- Koniec cytatu ---
Podszedł do Evening Antarii i podał jej kamień, po czym odwrócił się na pięcie i gwizdnął.
Edgar wstał z grobu jak gdyby nigdy nic i zawył niczym wilk ujawniając swoje gardło, na którym było znamię: "Amare", które błysnęło szkarłatną czerwienią.
Ciało Edgara jak i tajemnica postać rozmyły się w powietrzu znikając niczym rozwiewany z miejsca szary pył.
//Evening Antarii otrzymujesz:
Nazwa: Szkarłatny posąg duszy "Amare sanctus est"
Opis: Szkarłatny kryształ wytworzony przez tajemniczą postać z serca chowańca Taru, mającego znamię w formie wytatuowanego napisu "Amare" na gardle. Chowaniec był własnością Evening Antarii, a jego imię brzmiało Edgar. Kryształ jest niewielki mieści się w dłoni, ma nieregularny kształt mniej więcej taki: KLIK! Jest opatrzony grawerem w formie napisu: "Amare sanctus est".
Canis:
Salazar zauważył, że uczucia Eve były albo głęboko skrywane w tej sferze, nie chciała ich uzewnętrzniać... a może zwyczajnie ich nie odczuwała i traktowała go jako narzędzie, niczym on swojego hodowlanego Harsesisa! Poczuł że nie wie jak zareagować i nawet jak widać tego nie oczekiwano, wręcz przeciwnie, ponaglano by jechać dalej. Wstał na równe nogi i widząc jak Eve sama chowie swego Chowańca - nie pchał się by nie przeszkadzać, chciała to zrobić sama - w porządku. Doszedł więc do swojego Pałasza i czekał, aż Eve wróci do drużyny, Maya cały czas krzątała się w pobliżu usypywanego śniegiem kopca, zal jej było, chciała jeszcze próbować go budzić i cucić, lecz nie ważyła się przeszkadzać Eve w zakopywaniu. Gdy Eve wstała i wróciła do swej szkapy, ze spuszczona głową stanęła między nią a Salazarem. co rusz podnosiła głowę i spoglądała to na jedno to na drugie, lecz w oczach jej nie było dawnej radości, jedynie smutek.
Salazar słysząc słowa Eve, włożył nogę w strzemiona i przerzucił drugą nad grzbietem chwytając tez w ręce lejce.
Wtedy go wmurowało w siedzenie gdy dojrzał postać i zrobił o tak: <huh> . Tego już lepiej się nie da opisać.
Evening Antarii:
To, co Eve dalej obserwowała z grzbietu jej szkapy, wywoływało w niej chęć walki z nieznajomą postacią, szczególnie, że wyglądała ona na maga... Jednakże ów jegomość zaczął zachowywać się w dziwaczny sposób. Odkopał zdechłego Edgara i zaczął odczyniać jakieś czary.
Wtem dziewczyna ujrzała błysk od śliskiej zielonej łuski i od razu poznała ową postać. Była ona też wtedy, na statku, gdy Salazar zginął w objęciach morskich ciemnych fal...
Obserwowała jego uczynki bez słowa. W głowie poukładała sobie bowiem związek Chatal, własnego taru i owej postaci. I ten tatuaż na szyi chowańca... To znaczyło, że owa postać wróciła po swe dziecię, które wcześniej zostało wydarte śmierci, ale też własnej ziemi, która go wydała.
Postać po chwili podeszła do niej i podała jej kamień, jakby wyrwane serce taru. A wszystko to odbywało się w wielkiej ciszy i mrozie i nikt nie odważył się nawet szepnąć słowa. Eve zamknęła kamień w pięści, a potem było jej ujrzeć biegnącego Edgara jeszcze raz- tym razem po raz ostatni.
Postać odeszła razem z chowańcem.
Grunaldi, Klemens i Eryk zdjęci byli strachem. Trzeba było ich nieco uspokoić.
-To był przyjaciel- oznajmiła Eve ujrzawszy ich strach.
- To był czarci demon z samych piekieł! ÂŁadni ci wasi bogowie, albo diabli raczej!- mówił zestrachany Grunaldi. Czym prędzej wsiadł na sanie, za nim jego synowie i dali sygnał do odjazdu.
Evening zaś nie sprzeczała się z przewodnikami. Po chwili jednak przemówiła do Salazara.
-Znasz ten język prawda? Co oznacza "Amare sanctus est"?- dopytywała.
Canis:
- Nie do końca że znam, raczej bym powiedział znam wybrane sentencje. Amare sanctus est można różnie tłumaczyć, to krótkie stwierdzenie, a takie ciężko przetłumaczyć nie znając intencji... - mówił lekko zmieszany tłumacząc możliwe ryzyko błędnego tłumaczenia. - "Miłość jest świętością" albo "miłość jest poświęceniem". W tym wypadku podejrzewam, ze to drugie... w końcu poświęcił się, to jeden z największych aktów miłości do bliźniego.
Powiedział delikatnie unosząc jeden z kącików ust, jak gdyby chcąc się uśmiechnąć, jednak sytuacja była na tyle niecodzienna, a strata w jego odczuciu spora, ze nie było ku temu większej możliwości. Jednak słyszał też słowa Grunaldiego. Oburzył się nieziemsko na to stwierdzenie.
- To nie demony! Ani diably! Ani też raczej nie bogowie. Jedźmy już, jedźmy...
Powiedział uspokajając się, luzując w siodle. Po czym smagnął lejcami Pałasza ciągnąc za pasy od uprzęży. I koń miarowo powoli ruszył z miejsca idąc za saniami, tuż obok Eve i jej Płotki. Zaś między nimi ruszyła także Maja.
Stale ruszała sowją głową i rpzewracała oczami dysząc, lecz teraz w jej oczach już nie było pustki, po ujrzeniu swego niby brata i tajemniczej postaci, która poruszyła jego życiem, w oczach pojawiła się nadzieja.
Evening Antarii:
-Miłość jest poświęceniem... Zatem Edgar nie zginął na marne, jedynie wypełnił swój ziemski los- skomentowała to Eve. Po czym strzepnęła lejce a Płotka przyspieszyła. Po chwili dogonili sunące gładko sanie.
Wioskę było widać już w dole jako szare nieregularne koło poprzecinane białymi ścieżkami. Stąd wyglądało jak jakiś tajemniczy magiczny symbol. Ale potem dostrzegalne już były dymy z palenisk i ludzie wyjeżdżający ze wsi, albo do niej wjeżdżający. Wozy i sanie poruszały się zwinne, wiejskie uliczki były szerokie i przystosowane do pojazdów o większych gabarytach. W Efehidonie na ulicach minąć się mogły dwa niezbyt szerokie wozy, albo cztery konie postawione obok siebie. Toczyła się tam ciągła walka o miejsce i możliwość przejazdu. A tu nikt nie miał z tym problemów. Może i ruch był nieporównywalnie mniejszy, ale widać też było, że ktoś z głową na karku zaplanował budowę wioski. Może to przodkowie Grunaldiego?...
Granatowe morze zaś rozbijało się o skalisty brzeg. Woda kłębiła się tam gdzie nie było kry i powstawały białe bałwany fal. Słychać było wyraźnie szum morza, a podróżnym udało się nawet dojrzeć oderwanie dużej tafli lodowej od wiekszej całości. Zmierzała ona teraz wolno lecz miarowo na niezmierzone otchłanie Morza Orathu, by stopnieć gdzieś tam, jeszcze dalej na północ, a może uda jej się dotrzeć do zachodnich krańców kontynentu?
Tutaj nie było tak zimno jak w samych górach. Dało się czuć ten wilgotny wiatr znad morza który przynosił nieco cieplejszego powietrza znad wody. Nad wioską górowały też pokryte śniegiem szczyty, dawało to przytłaczające wrażenie, jakby zbocza te wiecznie pilnowały tutejszych mieszkańców. Morze i góry wpatrzone w siebie od wieków było rodzinnym domem klanu Dwugłowego Orła.
- Ha, cieszycie się?- zagadał szczęśliwy Grunaldi popędzając batem konie. - Wioo! No szybciej! Już w domu jesteśmy. Wio! Najecie się owsa i w ciepłym postoicie trochę... Wio!- zachęcał okrzykami zwierzęta. Choć same znały drogę do domu.
-Pewnie, pranie Grunaldi!- odpowiedziała Eve, jak na jakiś rozkaz. Okolica ją urzekła, szczególnie, że niedługo będą mogli solidnie napełnić żołądki i ogrzać się w pokojach. Także obecność morza wpływała na nią kojąco.
//Tam z boku jest wioska oczywiście c:
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej