Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
Gdzie wody, wody tu wszędzie dość, nie wody! Pomyślała Maya kręcąc głową, po czym z powrotem zaczeła się patrzeć tymi błagalnymi oczami to na jedno, no na drugie podróżujące konno sapiąc i rozwiewając język w biegu niczym taśmę zawieszoną do pyska.
- Pewnie po prostu lubi sobie patrzeć na ludzi. Wiele razy widziałem jak leży w domu i przygląda się każdemu od tak, nic nie chce ale się patrzy... - Powiedział patrząc na Mayę, znowu pokręciła głową ale poniekąd przytakując, czyli był bliżej odkrycia jej intencji. Niestety też nie był na tyle dociekliwy, by chcieć się dokładnie dowiedzieć, wiedział, ze jak naprawdę będzie czegoś chciała to wyrazi się jaśniej.
Gdy dotarliśmy do tunelu, to Salazar zwyczajnym swoim stylem oczywiście poza dojrzeniem nieukrywanego piękna i ozdoby regionu, zauważył ryzyko takich przejść.
- Oj... to śliskie pewnie jest... to pewnie trzeba tak miarowo iść po tym by się nie ślizgać? - Pytał ostrożnie wjeżdżając koniem na podłogę i dalej jakże ostrożnie przemierzając istną szklaną taflę. Maya równie ostrożnie kroczyła po śliskiej niemal szklanej powierzchni, żeby jej się czasem łapki nie rozjechały. Tak też powoli kroczyli przez tunel oczekując wyjścia a jednocześnie dostrzegając piękne bujne fale na ścianach tunelu.
- Ktoś się postarał... magia ognia jest potężna... jednak tylko w lodzie takie cuda wytworzy. Więc góry wręcz lodowe nasypy! to tu jak na Berk... przez 9 miesięcy pada śnieg, a resztę grad... - Tak zauważył wspominając opowieść o tresurze smoków!
Evening Antarii:
-Och, Sal... Naprawdę ważniejsze jest to, że jest ślisko!? Przecież tu jest pięknie i to powinieneś zauważyć w pierwszej chwili!- mówiła zdziwiona postawą przyjaciela. Sama zaś czuła respekt do tego miejsca, że było tak niezwykłe i oryginalne. Jedyne w swoim rodzaju na całym Marancie. Głowę zadarła w górę podziwiając kryształowe i lodowe twory. -Ja bym tak nie potrafiła- dodała jeszcze. Choć sama zadbała o własne i Płotki bezpieczeństwo. Zsiadła z konia, ujęła lejce i zaczęła prowadzić zwierzę, by przypadkiem nie połamało sobie nóg. Sanie Grunaldiego sunęły lekko i miarowo. Edgar zaś biegał jak szalony i co chwilę robił jakieś szpagaty i ślizgał się mocno po lodowej podłodze.
- Nawet tak piękne miejsce ma swoją mroczną stronę- zaczął Grunaldi. - Przejście stało się obiektem sporu wielu klanów. Wszystkie chciały go sobie przywłaszczyć,a potem pobierać opłaty za przejście...- zaśmiał się smutno. - Tylko nasz klan chciał, by Kryształowe Przejście było wspólne, a droga na południe otwarta dla każdego, jako że jest ona jedyną do Ekkerund. Wiele ludzi przelało tu swoją krew, za to, byśmy dzisiaj mogli przejść spokojnie, zachwycając się tylko pięknem tunelu.
Canis:
- Ależ Eve, dostrzegłem piękno, tak jak i dostrzegam je w osobie obok której idę, ale nie potrafię pięknie tego wyrazić! - mówił w odpowiedzi na zdziwienie i kolejne już karcenie! To mu się chyba zaczynało podobać, nie tam tunel, to karcenie go! Jakże uśmiechnął się szczerząc ząbki.
Po kilku krokach również zszedł z konia widząc i czując drgania kopyt pałasza wynikające z powolnego ślizgania się po lodzie. Stanął stabilnie na nogach na lodowej tafli pokrywającej poszycie tunelu. Przyglądając się co robi Eve, zaczął tak też naśladować mając swój wzór postępowania. Chwycił za lejce i powolnymi krokami za saniami szedł dalej rozglądając się wokół.
Maya skutecznie wykorzystywała swoje pazurki! Zauważyła, że jej długie pazury jeszcze nie stępione w biegu skutecznie sprawiają się jako kotwiczki w tafli lodu. skutecznie zatapiając pazurki szła znacznie pewniej chociaż i tak powoli. Oj była ostrożna była, ale nie poddawała się i żwawym krokiem przemierzała tunel. Co rusz patrzyła na ślizgającego się Edgara, nie chciała tak lądować i zzuć lodu pod brzuszkiem. Brrrr! ogarniała ją gęsia skórka na samą myśl o tym by miała zetknąć się z lodową taflą.
Salazar jednak będąc tu, w tym miejscu słysząc o przelewanej krwi, wyobrażał sobie jak on wytworzył by taki tunel w lodzie. Pierwszą myślą było, że niemożliwe, że nie dał by rady, lecz po chwili przypomniał sobie o ogółem dostępnych surogatach magii ognia. Runa Heshar! Błysnęło w jego głowie niczym gwiazda na nocnym niebie. Wykorzystując runę ognia, Heshar... wiele takich kamieni runicznych, mógłbym zrobić podobny tunel! I tą myślą rozchmurzył się, gdyż myśl, że nie dał by rady była najokrutniejszą, jaką mógłby doświadczyć. Zawsze łaknął potęgi, zawsze mówił, że nie ma rzeczy niemożliwych, i tak też tutaj! To jest możliwe! Nawet dla mnie! I tak uśmiech na twarzy mimo zagrożenia poślizgnięciem i tych rozterek wewnętrznych, czuł się przyjemnie w otoczeniu piękna zwariowanej, szaleńczej struktury tunelu, jego ścian i sklepienia.
- Choroba tocząca naszą cywilizację... Chciwość. Mieć tylko dla siebie, nie dzielić się... samemu korzystać innym nie dać... To przykre, że ludzie umierają z takich bezsensownych powodów, przez takie łaknienie posiadania. - Choroba, której i ja uległem... - Dopowiedział w myślach nie pokazując nic po sobie... Dalej kroczył tunelem doglądając wyjścia z niego, ostrożnie prowadząc Pałasza i doglądając Mayi, również spoglądał i na Eve, która jakże sprawnie sobie radziła, tak i podziwiał zabawę i frajdę Edgara. Takiemu to dobrze!
Evening Antarii:
Spacer, choć przyjemny, nie trwał długo. Wiało tu mocno z racji tego, że był to również idealny przelot dla mas powietrza. Uderzało ono w jeden stok góry, tłocząc się do Kryształowego Przejścia i wylatywało z drugiej strony. Wreszcie ujście tunelu było wyraźnie widoczne, zwiększało się z każdym krokiem i podróżni mogli spojrzeć na całą dolinę. I częściowo zamarznięte morze, choć dalej było wzburzone i mocno granatowe. U dołu było widać trzy wioski, stąd leżące blisko siebie, ale w rzeczywistości dzieliło je kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilometrów.
Poniżej zaczynał las, tak samo gęsty jak i poprzedni, lecz drzewa tu rosły krzywo, jakby za wszelką cenę chciały utrzymać się zbocza.
- Nie róbmy zbytniego hałasu i nie panoszmy się poza szlakiem- ostrzegł Grunaldi. - Nie chcecie chyba, by dopadła nas lawina...- był śmiertelnie poważny.
Evening dosiadła Płotkę i szkapa znów musiała brodzić w głębokim śniegu, by jej właścicielce aż tak nie marzły nogi.
-Grunaldi, czy twoja wioska nie obawia się częstych lawin?- spytała szeptem dziewczyna.
- Nie, jeśli nikt nie wyjdzie w góry i zacznie krzyczeć- pogładził swoją brodę.
Ciche szuranie płoz o śnieg i spokojne stąpanie koni zakłóciło warczenie dochodzące zza drzew... Taru pierwsze to wychwyciły, zaskomlały i postawiły szpiczaste uszy.
Canis:
Tuż za wyjściem z tunelu Salazar widząc głęboki śnieg i możliwość wykorzystania Pałasza, prędko wskoczył na grzbiet korzystając ze strzemion po bokach i ciągnąc lejcami nakazał mu kroczyć wraz z nim na grzbiecie!
Zadowolony krocząc w ciszy słuchał Grunaldiego - No tak, śniegu kupa, lodowe góry skryte śniegiem strome zbocza, lawina to spore zagrożenie, które chcąc nie chcąc prędzej czy później może spłynąć z gór, po co jeszcze prowokować ją drganiami dźwiękowymi? No nie warto. - Rozmyślał przyznając racje, że rozumie i będzie cicho.
Niemniej jednak poruszone taru, które wykryły zagrożenie... Maya, która wymownie spojrzała na Salazara oczami pełnymi rozkazującego tonu: "Te! Gotuj cie bo masz mnie chronić!" To było wręcz oczywiste przesłanie tego spojrzenia, każdy mógł to wyczuć. Tak, Saluś też zrozumiał. Pociągając lejce do siebie zmusił Pałasza do chwilowego spowolnienia niemal zatrzymania się. Salazar odpiął dolny guzik od pięknego prezentu jaki otrzymał przed rozpoczęciem tej uroczej eskapady i odchylając dolną krawędź uwolnił spod niej rękojeść szabli. Lewą dłonią przytrzymał lejce by utrzymać kurs, prawą jednak chwycił za rękojeść broni, by w każdej chwili móc jej dobyć. Najlepiej posługiwał się szablą, ponad to pasowała mu do jego pozycji społecznej, a jeszcze dwa grawery bliskie jego sercu były szczególnym powodem, by to właśnie z tej broni skorzystać w przypadku starcia.
- Panowie... Zatrzymajmy sanie.... Taru coś wyczuły, zagrożenie jakieś.- Zauważył, gdy po chwili słyszalne stało się owo warczenie. - Psowate... - Zauważył mocniej chwytając za rękojeść i przygotowując się do zejścia z konia, by pieszo rozdziabdziać się z niebezpieczeństwem. Wyjął obie nogi ze strzemion, by jak najszybciej móc zeskoczyć z wierzchowca po przełożeniu nogi i zareagować w razie dalszego zbliżania się zagrożenia.
Maya przyjęła swoją postawę bojową, jedną łapkę wyciągnęła przed siebie jedną tylną cofnęła, tyłek uniosła do góry zaś głowę spuściła nisko zaciskając ostrze zęby i warcząc przez nie. ogonek wywinął się do góry delikatnie zakręcając nad grzbietem. całe jej ciało było napięte i wydać było drżenie mięśni, widać było, ze jest równie gotowa do ewentualnego starcia.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej