Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Evening Antarii:
Zastygli w bezruchu ludzie, oszronieni i przykryci warstwą śniegu wywali na dziewczynie dziwne wrażenie. Po pierwsze nie mogła tego zrozumieć, że tak łatwo dali się mrozowi, ale chwilę później stwierdziła, że góry mają jeszcze więcej niespodzianek w zanadrzu i nic nie może jej dziwić. Pomimo tego, że podążali szlakiem, nie znali tej doliny i warunków tu panujących, mogących zmienić się w każdej minucie.
Aura wokół była jakaś nieswoja, pełna śmierci i boleści, ale też niedowierzania. Nikt jednak nie był w stanie im pomóc, gdyż góry i natura przygotowały dla nich taki, a nie inny los. A cyrk wracał do swej siedziby na hemisową przerwę w spektaklach. Resztę roku poświęcali na wywoływanie uśmiechu na dziecięcych twarzach i pokazywaniu sztuczek. Teraz egzotyczne zwierzęta jak i same konie leżą skostniałe.
-Takie coś może spotkać nas w każdej chwili- powiedziała beznamiętnym głosem. -Możemy się spieszyć, a i tak natkniemy się na zawieruchę.
- Tutaj już będzie spokojnie, ale kto wie co będzie wyżej w górach?- odparł Eryk.
Z ulgą żegnała to dziwne miejsce. Jakby cała scena zastygła, a czas się zatrzymał. Ludzie pewnie po prostu zasypiali z zimna i tak już zostawali...
-Skoro tak, to ruszajmy- powiedziała wspinając się na Płotkę i tylko spoglądając na resztę Grunaldi był smutny, ale nie zdziwiony. Eryk i Klemens też nie wydawali się zszokowani.
- Wrócimy tu na wiosnę- powiedział Klemens.
I wozy znów zaczęły się wlec. Powoli ale miarowo. Niekiedy grzęzły w śniegu, nawet gdy konie mocno szarpały. Trzeba było je pchnąć. Droga pod górę do przełęczy była często używaną. Zadbana, prosta, z powycinanymi drzewami.
Canis:
W obliczu takich wydarzeń nawet nie wiedział co powiedzieć. Mimo miłej rozmowy z obywatelem Grunaldi, Erykiem i Klemensem, mimo starań i chyba inaczej postrzegających zjawisko śmierci zwierząt, mimo tego wszystkiego panowała okrutna atmosfera po dwóch zdarzeniach równie nieprzychylnych. Począwszy od zmarłych zamordowanych, dalej zmarłych zamarzniętych. Czy konieczne jest aż tyle cierpienia i tyle śmierci? Czy aż takie żniwa są konieczne? Co prawda bogowie wpływu nie mają na ludzką wolę dają im czynić jak chcą, lecz jak tłumaczyć pogodę? Bogowie swych żywiołów Rasher opiekun lodu zesłał i ten podmuch zbierając swoje żniwo... Czy i na nas taki ześle? Czy może nas oszczędzi? Czym zawinił cyrk, by taki los mu zgotować? Mnóstwo pytań a brak jakiejkolwiek odpowiedzi, gdyż równie dobrze można powiedzieć że maczał jak i nie maczał w tym palców. Tak więc z posępna miną, skupiony na przemierzaniu szlaku na grzbiecie Pałasza, myślał i począł wierzyć, ze nadzieja to coś, co ma szansę wytłumaczyć wszystko, jest zawodna. Wiedział jednak, ze na pewno zainwestuje w wełniane odzienie dla swojej służby. Jeszcze tego by brakowało by i one pozamarzały. Myślał wspominając swoje dwie służki, które pewnie teraz siedzą w domku i nie mając tych obrazów grzeją się przy kominku i plotkują we dwie.
Szlak często uczęszczany i zadbany. Prowadzacy zapewne więc do więcej niż tylko ich wioski.
- Wiele osób korzysta z tego szlaku? znaczy się w pobliżu waszej wioski są jeszcze inne? - W końcu zapytał odganiając od siebie myśli o śmierci.
Evening Antarii:
- Wiosek jest kilka, cztery dokładnie. Staramy się współpracować, choć nie zawsze wychodzi- powiedział Grunaldi wcale nie zmuszając swego konia do wędrówki pod górę. Zwierze było przyzwyczajone do takich tras. Gorzej z Płotką, ona się ociągała i co chwilę przystawała. Eve musiała się nieźle naprosić tego zwierzaka, by w ogóle ruszył. - Dbamy o stan tej ścieżki, bo to jedyna możliwa droga do Ekkerund, najbliższego nam dużego miasta. Ocho, widzę że konik zmęczony? Wejdziemy tylko na ten przesmyk i będziemy mieć przystanek- odparł uspokajająco, a Eve odetchnęła z ulgą. Ta przerwa im się należała.
Taru także zwolniły, trzymały się blisko ludzi i już nie biegały tak żwawo. Chłód i trudny teren wyciągnęły z nich wszystkie siły.
-To nie to co Chatal- rzekła ni stąd, ni zowąd mściciel. I zaśmiała się pod nosem. -Dwa przeciwne światy, jakby leżały na innych planetach. Choć szczerze... nie wiedziałabym które miejsce wolę! Oba mają w sobie coś magicznego- teraz Płotka i Pałasz jechały równo kopyto w kopyto.
Dotarli wreszcie na przełęcz, skąd rozciągał się taki widok...
Zapadała noc, ale do całkowitego zachodu zostało jeszcze półtorej godziny
- No! Teraz ognisko i przerwa! nakazał ucieszony Grunaldi.
Canis:
- Z obu warto korzystać i wyciągać to co najpiękniejsze, tak jak ten zachód słońca! Na Chatal jest dosyć monotonnie, stale ciepło raz cieplej ale nigdy zimno. Nie doświadczy się śniegu czy zawieruchy, za to pustynne burze i temperatury nawet do 50ciu stopni... Czy można to porównywać... tutaj roztopy się pojawią, tutaj jest mniej monotonnie i widać zmiany bardzo wyraźnie pór roku... - Powiedział patrząc na zmierzające czy wręcz już niknące nad horyzontem w otoczeniu pięknych majestatycznych szczytów słońce. - Magia jest wszędzie wokół nas, w każdym miejscu, tylko trzeba przestać gonić za wszystkim, znaleźć czas by móc zatrzymać się i móc ją dostrzec. - Powiedział z uśmiechem patrząc to rusz na Eve, to na zachodzące słońce. Liczył, ze dojrzy ten piękny moment, gdy ostatni milimetr połyskującej tafli gwiazdy zajdzie za horyzontem ustępując miejsca księżycom. a że dzień był już krótki a noc długa okrutnie, szczególnie cenił każdą chwilę, gdy promienie dotykają jego twarzy.
Zeskoczył z grzbietu konia i nawet nie wspominając już o swojej relacji z nim, dał mu w spokoju iść gdzie chce, w końcu daleko nie odejdzie, a będzie skrzętnie korzystał ze słońca jak i później ognia. Maja zmęczona zdyszana, zziajana, padła na łapach na ziemię kładąc się brzuszkiem do niego. ogon także położyła i wtuliła pysk w śnieżną kupę zasłaniając swój nosek. ciężko sapała zaś śnieg przy nosku szybko dzięki temu topniał. Mimo chłodu zmęczona chciała poleżeń i schłodzić swe mięśnie. Co rusz ruszała oczami przyglądając się wszystkim uczestnikom podróży, szczególnie na Edgara.
Salazar jednak wiedząc, ze nie jest tutaj po to, by sobie podziwiać piękny zachód słońca, nie odstępując wzrokiem od niego by co rusz dojrzeć kiedy zajdzie i jednak dostrzec ten moment, szukał w pobliżu leżących gałęzi i resztek krzewów. W końcu na samo życzenie ogień się nie rozpali, trzeba coś zapalić, takie zmarznięte wychłodzone... ciekawe jak rozpalą ogień!
- Ekhem a że tak spytam z czego zrobimy ten ogień? bo drwa poprzymarzane, zimno wieje kupa śniegu... domyślam się, że macie w tym dużo doświadczenia! Ja szczerze poza podpaleniem iskrą pochodni sam jeszcze ogniska nie rozpalałem w takich warunkach. - Przyznał szczerze, zimą ogniska jeszcze nie robił! Mówił doglądając gałązek i szukając, no może coś znajdę... No to szukał gałęzi i drew, by donieść do miejsca, gdzie Grunaldi planował swoje ognisko mieć!
Evening Antarii:
- Co ty, panie!- zdziwił się Grunaldi. - W hemis może jest zimno ale też sucho. W powietrzu jest mało wilgoci. To na przykład dlatego włosy na głowie stają dęba gdy zdejmiesz czapkę!- śmiał się rozpromieniony mężczyzna. - Krzemień, podpałkę i kilka drew zawsze mamy przy sobie. Musimy mieć, inaczej zamarzniemy w tej głuszy- mówiąc to nazbierał z wozu, gdzie nie było ciał, trzy kawałki drewna i jakąś suchą trawę. - Pozbierać możesz iść, w końcu ogień musi płonąć całą noc. Drewno musi być suche, łatwo się łamać. A... jakie tam badyle znajdziesz to przynieś, poradzimy sobie- mówił zadowolony z odpoczynku.
Salazar nazbierał dość sporo gałęzi, tych przykrytych śniegiem i nie tylko. Nie musiał daleko odchodzić, ale gdy już się zbliżył nad ogniem widniał garnuszek z topniejącym śniegiem. - Herbatka się robi!- zażartował Grunaldi. Zwykła ciepła woda. Takich luksusów jak herbatki nie było. Ale były inne! Na przykład koce. Duuużo koców ze skór i futer górskich zwierząt. Są te z wargów i wilków, nawet z niedźwiedzia się znajdzie.
- Kładźcie to pod dupska bo wilka dostaniecie- powiedział i poszedł po trochę jedzenia na wóz. Niewiele tego było, głównie wędzone ryby i suszone paski solonego mięsa. Do tego zwykłe suchary.
- Najedzcie się. Ciało skądś musi brać energię żeby się nie wychłodziło- mówił tonem znawcy.
Eve poszła zaś przywiązać Płotkę do drzewa. Potem położyła sobie grubą skórę i futro na śnieg, blisko ognia. Obok niej pojawił się Edgar. I tak zasnął od razu, może dopiero woń mięsa go zbudzi. Dziewczyna zaś usadowiła się obok ciepłego futrzaka i zabrała się za kolację. -Smacznego!
- Smacznego, smacznego...- rzekli niewyraźnie Klemens z Erykiem. Oni już wcinali coś dobrego.
- Ustalmy warty. Proponuję by panienka przespała się teraz i pan także. Najmniej znacie góry, a dzień drogi pewnie mocno was zmęczył. Na wozie jest dość miejsca, żebyśmy na ziemi nie musieli leżeć. Po północy wy obejmiecie wartę, a ja i moi synowie położymy się spać. Tak do zachodu księżyców. Będzie jeszcze ciemno, ale ruszymy- zawyrokował Grunaldi, po czym nalał sobie ciepłej wody i wypił ją ze smakiem. Następnie zabrał się za smakowicie wyglądający kawałek wędzonego mięsa.
Słońce nikło powoli za górami...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej