Tereny Valfden > Dział Wypraw

Basen północny

<< < (5/29) > >>

Canis:
- No wie pan, nie drwię i nie chciałem pana denerwować, raczej szukam bardziej zrozumiałego wyjaśnienia. Jak zgubię się i drogi nie odnajdę w śnieżnej zawierusze, to zapewne i zamarznę w ciągu kilku godzin samemu będąc nie mogąc znaleźć drogi do wioski czy domu, chociaż takich posągów by rozsypywały się przy dotknięciu to jeszcze nie widziałem. - Odpowiedział będąc pełnym podziwu dla pięknej bajki! Chociaż miał też drobną nadzieję, że chociaż coś z tej bajki jest prawdą. - Niech się pan nie obawia, czym by to nie było, przy nas zapewne nie zaatakuje, ja zawsze mówię, że złego diabli nie biorą, a boskie o mijają szerokim łukiem bo jeszcze groźniejsze. - Pierwsze mówił wskazując na siebie i mrugając zabawnie oczkiem, a drugi element to dyskretnie wskazał ręką na Evening po czym jakże skrzętnie odwrócił wzrok ku niebu jakby nigdy nic.

- W śnieżycy będzie ciężko... gęsty śnieg szybko przysypie ślady, a zapachy na wietrze i chłodzie zdeformowane mogą nie poprowadzić ich za daleko... Ale można by spróbować w razie jak mówisz znalezienia śladów...

Zimno wieje, pada... no prawie jak nad morzem tylko ładne kilka stopni jeszcze zimniej. Przemknęło mu przez myśl słysząc zapowiedź opadów śniegu, ciekawe jak gęstych, rzadki, siarczystych, czy może delikatnych spokojnych. Czy będzie to delikatne spotkanie z początkiem zimy, czy srogie spotkanie z matką naturą gotową mścić się na podróżnych za nic!

Jednak mimo przeciwności, w zwartej grupie zawsze raźniej i oby wszyscy dotarli do celu zdrowi i cali, by móc dopełnić obowiązków, których podjęli się w przeprawie. Delikatnie doglądał w oddali biegających i węszących Taru, Mai z pewnością się podobała możliwość biegania samopas, gdy wozy spokojniej ciągnięte przez konie nie mogły nadmiernie pędzić, a kłopoty ze szlakiem i im bliżej szczytów tym pewnie węższym będące, im nie będą przeszkadzać, w końcu nie potrzebują nadmiaru miejsca. A ich obecność była bardzo korzystna i umożliwiająca wyczucie zagrożenia z większej odległości, jako wyczulone bestyjki z instynktami zdolne są jednak wyczuć zagrożenie znacznie lepiej od ludzi. Człowiek pogłaskał swego konia dłonią jakby dziękując za spokojną jazdę, jednak nic nie powiedział, gdzieś tam na dnie dalej gorało uczucie nuty niechęci do tego tu on poniżej. Jednak też nie straszne mu były ani śnieżne potwory, ani żadne inne, wiedział, ze prędzej czy później z czymś sobie nie poradzi, wolał by by był to przeciwnik niż starość i choroby! I tym bardziej ciekawiły go te problemy z odległej krainy ludzi z gór.

Evening Antarii:
Wlekli się na górę nieco ociężale. Tylko taru biegły lekko wśród niskiej ciemnej trawy i skał. Droga na szczyt wzniesienia zajęła jakieś dwadzieścia minut, a w dole ukazał się widok ośnieżonej już doliny. Puchu było wiele, gruba metrowa warstwa pokrywały podnóża gór tak samo jak ich szczyty.
- Widzicie tamtą przełęcz?- spytał Klemens. Wskazał na przejście między dwoma szczytami. Ono także już było ośnieżone. - Dotrzemy tam za jakieś... cztery godziny i po drugiej stronie zrobimy przystanek. Tam zaczynają się gęste i ciemne iglaste lasy. Osłonią nas od wiatru.
- ÂŚnieg dopiero co spadł... Będzie niebezpiecznie, obyśmy nie ugrzęzli- wtrącił Eryk.
- Masz rację. A musimy zdążyć przed następną zawieruchą. Dopiero to zauważyłem, że chmury są wyjątkowo ciemne. O, widzisz tam?- spojrzał na zachód. - Tam mocno pada. Oby nie dotarło do nas- i tak bracia rozmawiali, prawdziwi znawcy gór, widać, że te szczyty ich wychowały a ową trasę znali niemal na pamięć. Znali wszystkie znaki na niebie i ziemi, co nierzadko chroniło ich od zamarznięcia. Wiedzieli gdzie są szczeliny i rozpadliska, z której chmury spadnie śnieg a z której nie.
- Tam też czekają sanie. Będzie łatwiej się podróżować- dodał jeszcze Eryk.
Jednak na ich trasie było widać coś o dziwnym, nieokreślonym kształcie. Był on podłużny, pełny wystających jakby kikutów, gdzieniegdzie kolorowy, a gdzieniegdzie szary. Pokryty był śniegiem. Owe tajemnicze coś wzróciło uwagę Grunaldiego.
- Co do cholery?...- mruknął do siebie i mrużył oczy by dojrzeć coś w dole. Stąd jednak trudno było określić co to mogło być.
-Nie wiem, nie widzę szczegółów- wzruszyła ramionami Eve. Nie widziała wiele, ale wyczuła, że Płotka zaniepokoiła się czymś. Wierzgnęła i chciała wracać... Edgar zaś przybiegł blisko dziewczyny i konia. Usiadł i dyszał.
Panowała dziwna, pełna wyczekiwania atmosfera.
- Zejdźmy w dół doliny i sprawdźmy to. Trzymajcie się blisko siebie, uważajcie na ten śnieg, jest głęboki- nakazał Klemens.

Canis:
- Sprawdźmy... Maya! - Zawołał salazar półgłosem wołając swojego chowańca do siebie.
Samiczka taru to będące piękne i jakże majestatycznie czarno białe zwierze, które rozochocone biegało po wertepach, aż wreszcie zaciekawił jeobiekt z oddali, wyginając szyję w przód i ruszając swoim spiczastym noskiem, próbowało wyczuć obiekt, potulnie jednak wróciła do konia i trzymała się przy jego kopytach.

Salazar delikatnie i z wyczuciem przechylił lejce w lewą stronę by przybliżyć się i "zbić" w zwarty oddział, by sunąć tuż za wozami torującymi drogę, a że zmierzali w kierunku zasypanych wertepów pokrytych grubą warstwą śniegu, lekkiego, puszystego ale jednak, mogło być nieprzyjemnie. ÂŁopat nie mieli ani możliwości by rozpuścić ogniem śniegi, ale zawsze była też siła mięśni i możliwość pchania, chociaż metr śniegu? to będzie nie lada wyzwanie...

I jeszcze ten obiekt w oddali... no cuda niewidy... Będzie wesoło!

- Robi się co raz to ciekawiej, groźniej... rozumiem, ze innej drogi już nie ma, by ominąć te wysokie śniegi? Zresztą damy radę, raz kozie śmierć...

Evening Antarii:
Narrator ma chyba zbyt bujną wyobraźnię bo śniegu wcale nie było metr. Inaczej drobna Eve prawie w połowie przykryta byłaby śniegiem, a koła od wozów nie poruszyłyby się o centymetr. ÂŚniegu było piętnaście centymetrów.  <aniol>

Eve nasunęła szalik na nos, coby nie zmarzł i nie zrobił się czerwony. Tu było o wiele chłodniej, temperatura musiała spadać, gdyż mróz ciął w policzki. O dziwo było wyjątkowo cicho, to znaczy nie wiał wiatr. Tylko z nieba zaczął padać puch i spokojnie opadał w dolinę.
- Ostatnio musiała tędy przejść jakaś śnieżyca - zauważył Klemens.
- Spadło dużo śniegu, ale potem przyszła odwilż, a potem znów mróz. ÂŚnieg nie jest tak grząski, dami radę przejechać- rzekł Grunaldi poprawiając na sobie futro. - Co to u licha jest?- nie mógł się nadziwić. Ze wzniesienia zjechali szybko, potem jeszcze kilkaset metrów prosto. Konie czasami musiały aż wyskakiwać z zasp śnieżnych, za to taru miały przednią zabawę! Edgar jakoś się ośmielił w stosunku do Mai, gdyż teraz biegał za nią i polował na jej ogon, albo po prostu chciał ją przewrócić w śnieg. Były o wiele wolniejsze niż normalnie, bo warstwa puchu mocno spowalniała taru. Długo przed resztą zwierzęta dobiegły do owego posągu...
Kompania bowiem dojeżdżała do tajemniczego "czegoś". Teraz można było już dostrzec kształty wozów, powalonych koni, zesztywniałych twarzy...
-Wędrowny cyrk- wyszeptała zaskoczona Eve. Teraz to, co widzieli z góry, było wyraźnymi ludzkimi sylwetkami skulonymi na bok, siedzącymi, poprzykrywanymi kocami, przysypanymi śniegiem i... zamrożonymi. Zesztywniałe ciała koni, wcale nie wychudzonych.
- Musieli natrafić na naprawdę złą pogodę- stwierdził kolokwialnie Klemens.
-"Złą pogodę"!?- oburzyła się Eve. -Przecież oni zamarzli niemal w ruchu!
- W górach pogoda zmienia się bardzo szybko- odezwał się Grunaldi. - W Ekkerund mogła być dodatnia temperatura, ale tutaj... sama pani widzi. Zupełnie inne warunki. Nie możemy nikogo winić.
W to dziwo trudno było dziewczynie uwierzyć. Na jeden z wozów zapakowany był kolorowy namiot. Jakieś maski i inne rekwizyty- wszystko do siebie poprzymarzało tworząc jedną bryłę. Najgorsze były te ludzkie sylwetki, niektórzy trzymali się razem, inni leżeli samotni zupełnie gdzież z boku, w oddali. Pewnie próbowali jeszcze uciekać o ile mieli w sobie choć odrobinę ciepła.
- Myśleli, że zdążą przed prawdziwą hemis. Tymczasem tutaj i w astas pada śnieg- powiedział smutny Eryk.
Eve zeszła z Płotki by lepiej przyjrzeć się ludziom. Nie było szans na znalezienie żywych. Cyrk zatrzymał się tu już dawno i możliwe, że odtaje dopiero z wiosennymi roztopami...

Canis:
- Wiało wiało i zawiało... Ich to już chyba nie przetransportujemy... Chociaż im też należał by się godny pochówek, gdy szlak odtaje... - Mówił przejeżdżając w pobliżu ciał... I to się nazywa druzgocąca siła natury. Chłód, który potrafi zmienić w lodowe posągi żywego człowieka, mimo, że ten się rusza i chce iść dalej... ÂŚnieg, który prószy i nie oszczędza nikogo na swej drodze i zachowuje się jak gdyby łaknął ofiar.

Salazar widząc przejęcie Eve, również zeskoczył i zaczął butami przebierać w śniegu. Podszedł do jednego z ciał, by chociaż dotknąć martwej zamarzniętej istoty. jeszcze nigdy nie miał okazji, delikatnie wierzchem dłoni dotknął policzków.

- Zimne... jedźmy dalej, by i nas nie spotkał ten sam okrutny koniec. - Zaproponował patrząc na Eve doglądającą zwłok...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej