Tereny Valfden > Dział Wypraw

Basen północny

<< < (27/29) > >>

Canis:
<huh> Taką minę zrobił gdy kobiety już odeszły. A skąd mam wiedzieć gdzie tu do cholery ich stajnia jest... chwila, klemens i Eryk odprowadzali gdzieś, Sal, myśl... myśl... Mówił i przypominał sobie miejsce, gdzie oddali swoje wierzchowce Erykowi i Klemensowi, dalej wspominał gdzie oni z nimi poszli, w którym kierunku, do których zabudowań, gdy już przypomniał sobie, pozostało zlokalizowanie swojego miejsca w kompleksie zabudowań zewnętrznych. Rozejrzał się czym prędzej w poszukiwaniu owego miejsca gdzie prowadzili konie. jako ze wszyscy byli cicho tak i on nasłuchiwał ewentualnych "końskich" odgłosów, gdy wtedy zauważył, ze jest przecież Maya z nim!

- Maya, gdzie jest Pałasz, gdzie Pałasz? Szukaj konia szukaj! - mówił szeptem do psiny, która na dźwięk imienia kojarzyła zapach i wygląd wierzchowca. Czym prędzej musiała wyczuć zapach koni i pobiec w tym kierunku, tak i Salazar ruszył biegiem za nią przytrzymując swoje bronie i zaciskając kubrak, żeby nie hałasowały po więzach zderzając się z metalowymi elementami.

Evening Antarii:
Evening skradała się zaś z zakapturzoną drobną postacią zaradnej dziewczyny w górę. Szły po stromych zboczach, po śliskich oblodzonych kamieniach. Wspinały się dzielnie i wytrwale, pokonywały ciemność, nie mogły być zauważone.
Przejście przez wieś było najtrudniejsze. Jakim cudem udało się grupie 7 kobiet, w tym 5ciu średnio zaradnych, przedrzeć nie wzbudzając niczyjej ciekawości, to pozostaje zagadką. Fakt, godzina była późna, ale nikomu nie było spieszno, by wyglądać przez małe ona swych kamiennych domostw.
Tak więc były właśnie u podnóża góry w bok od pałacyku Grunaldiego. W dole mogły dojrzeć Salazara czającego się przy stajniach.

Maya nie była głupim psiakiem. Wnet zaczęła węszyć swym czarnym wilgotnym noskiem i prowadziła pana uliczkami wsi. Trafili szybko i bez przeszkód, wreszcie zapach koni, ich jedzenia i odchodów stał się na tyle wyraźny, że sam hrabia nie miał wątpliwości co do tego, że tu oto znajduje się konikowy domek.
Koni było około dziesięciu. Płotkę i Pałasza miał chwycić za lejce i podprowadzić pod zbocze góry. Resztę wypuścić wolno w miarę możliwości biec szybko do Licho, Eve i dziewczyn.

Canis:
Salazar przyłożył palec do ust i spojrzał na maję, co by cicho była. Podszedł ostrożnie za stajnię, do miejsca gdzie były koniki. stojąc przy drzwiach przyjrzał się zamknięciu, za pewne zwyczajnej zasuwy lub drewnianej zakładki, rozsunął i ostrożnie powoli otworzył drzwi.

Nie raz był w stajni i wiedział, ze konie odgrodzone i po przywiązane do stalowych lud drewnianych żerdzi, żeby nocą nie pouciekały lub zderzały ze sobą. Zatem wszedł i podszedł do każdego z koni, tych ośmiu, które nie były znane mu z imienia na początek, odwiązał je i lejcami podprowadził pod drzwi głaszcząc grzywę i patrząc w ich oczy z miłym usposobieniem. Gdy doprowadził konie, wrócił do Płotki i pałasza, odwiązał je na Pałasza łypnał groźnym spojrzeniem a do Płotki szepnął coś powoli i spokojnie.
- Pójdziesz do pani, Do Evening... Pańcia czeka już. - Mówił podprowadzając do drzwi stodoły/stajni. Wyjrzał głową na zewnątrz i uchylił szerzej drzwi. chwycił jedną ręką lejce od Płotki i Pałasza i klepnął w końskie zady, by spłoszyć je i by pobiegły w wieś robiąc zamieszanie i dać sposobność do ucieczki. Gdy wszystkie 8 koni wybiegło ze stajni, pędem ciągnąc za lejce biegł w kierunku góry, Maja co rusz szturchała płotkę i Pałasza w okolicach górnych partii nóg głową, by popędzić ich bieg, by pędziły równo.

Saluś to już ze stresu i zadyszki płuca wypluwał mknać do Eve Licho i tych 5 średnio zaradnych!

Evening Antarii:
Osiem koni wystraszonych nie tylko ciemną nocą, ale i wywołanym zamieszaniem, pomknęły szeroką główną ulicą wsi, rozkopując biały świeży śnieg i pozostawiając po sobie brunatną breję. Poszły! Poczuły zbliżające się zagrożenie tym swoim słynnym zwierzęcym instynktem i oddalały się od wioski.
Wystraszeni i zdziwieni ludzie wybiegali ze swych domostw, łapiąc się za głowy i jęcząc przeraźliwie. Niektóre z nich bowiem należały do zwykłych mieszkańców wsi, inne wyłącznie do Grunaldiego, ale kopytne narobiły tyle bałaganu... i hałasu, że nikt nie zauważył Salazara przemykającego na tyłach domu z dwoma końmi.
Jego ucieczka też taka prosta nie była. Grzązł w śniegu, ślizgał się na oblodzonych kamieniach, a musiał przeć przed siebie, pod górę.
Widział taką zbitą grupkę, czarną na tle puchu pokrywającego zbocze. Wreszcie znalazł się przy kobietach wraz z końmi.
-Nikt cię nie zobaczył? Widziałyśmy te pędzące konie. Licho ma dobry plan...- wyszeptała Eve do hrabiego.

Canis:
- Mam nadzieję, że nikt... Jaki to plan? - Zapytał i podał lejce Płotki Evening. Sam oparł swoje dłonie o kolana i zaczął dyszeć ze zmęczenia takiej przeprawy. - Jeny, ile to się człowiek musi wycierpieć... Jedno dobre, że już wcale mi zimno nie jest! - mówił pół głosem łapiąc ociężale oddech. No w końcu się też unormował i złapał ten właściwy który nadał jego oddechowi normalny rytm, tak też rozejrzał się z zadowoloną minką wokół po wszystkich.

- To jak? Gdzie trzeba te dziewczyny odprowadzić? Gdzie jedziemy? Jaki plan? - Dopytywał z ciekawością.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej