Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
Ha! I salazar poczuł się jak w rodzinnym domu! Od początku życia mieszkał na zapleśniałych terenach bagien w pobliżu potoków i bagiennych stawów, później na Valfden egzystował w rozpadlinach w podgrodziu, gdzie grzyb toczący drewniane ściany był normalnością, aż wreszcie w pakcie i podziemnych tunelach gdzie wilgoć z ziemi sprzyjała rozwojowi nieprzyjemnych grzybów, pleśni i roznosił się zapach zbutwiałych szafek! Chociaż tego ostatniego zbytnio dobrze nie pamiętał, to i tak czuł się swojsko! Usiadł na krawędzi i macając pierwszy i drugi stopień powoli zszedł na dół, maja zaraz obok niego też zeszła, chociaż mijając pajęczynki i hacząc nimi o nos kilka razy kichnęła cicho.
Evening Antarii:
Eve chciała wygodnie zejść na dół. Dlatego użyła przemieszczenia. Skoncentrowała się, a potem komórki jej ciała znów ułożyły się w prawidłowej kolejności, ale już na dole, w lochach.
Mściciel strzepnęła niewidzialny kurz z ramienia i podążyła za resztą, omijając z początku żaby i ropuchy, potem jednak nie dbając o nie zupełnie. Nie chciało jej się wychwytywać zielonkawych stworzeń wśród refleksów odbijanych na mokrym podłożu podziemi.
Na ziemię spadały krople z podmokłego sufitu, ale też miejscami kałuże zamarzały i było naprawdę ślisko. Echo niosło się po korytarzach. Słychać było rozmowy przerażonych dziewcząt.
Licho:
Cała trójka dotarła po kilkuminutowym marszu w mokrych lochach do zakratowanego pomieszczenia. Blade twarzyczki całkiem ładnych panien oświetlały dwie pochodnie. Wreszcie mogli poczuć zapach ekskrementów, którymi wypełnione było wiadro w rogu celi.
Dziewczyny pisnęły przerażone na widok Licho i zaczęły cienkimi głosikami błagać, by wreszcie je wypuściła.
- Zamknąć się!- zganiła je Licho. - Chętniej bym wam gardła poderżnęła za te piski, ale cóż, okażę dziś trochę serca- powiedziała kryjąc wścibski uśmieszek. Tylko nastraszyć je trochę chciała.
- Słuchajcie dziewczynki, teraz musicie poluzować ten pręt, on jest cały zardzewiały. Zmieścicie się- nakazała. I sama zaczęła kopać w żelastwo które ledwo się trzymało. Po chwili metal ustąpił, a dziewczęta, jedna po drugiej, zaczęły wychodzić. ÂŁkały i dramatyzowały. I znów zostały zganione przez Licho jakimś przekleństwem godnym największego gbura.
- Tam w bok jest korytarz. Prowadzi na górę- powiedziała wskazując kierunek na lewo.
Canis:
Maya widząc coraz większą grupę już sama była zestrachana co chwile piski i jęki które przyprawiały jej uszy o ból, No niech ze będą cicho, ja mam wyczulone zmysły! Myślała co chwile drapiąc łapą po uchu, ale dalej idąc za Salazarem...
Tak to jest z babami... Pomyślał widząc kobiety, a zapach jaki się unosił rozsiewany w powietrzu z wiaderka nadawał szczególnie obrzydliwy nastrój tego miejsca, no to już drastycznie przekroczyło jego przyzwyczajenia ;[ . Już Miał dość tych lochów.
Szybko szybko... idziemy no ja tu dłużej nie wytrzymam... - Mówił pędząc już w stronę wskazaną przez Licho, skręcił w lewo i szedł korytarzem, który to miał już prowadzić na górę. Zawczasu odchylił klapę kubraka i poły szaty, by w razie przeciwności szablą zadziałać sprawnie i skutecznie.
Licho:
Po niedługim marszu ciemnymi, mokrymi i zimnymi korytarzami, wspięciu się po niebezpiecznych stopniach z kamienia, całe towarzystwo dotarło na górę. Wyszli małymi drzwiami gdzieś na tyłach domu. W astas to miejsce porasta gęsta roślinność, a samych drzwi zapewne w ogóle nie da się dojrzeć.
- Zaraza, jak zimno- powiedziała Licho idąca na przodzie.
- Salazar, ty idziesz odwiązać konie. Ale po cichu, pamiętaj. Jakby cię ktoś ujrzał- zabij. My idziemy na ten szczyt, widzisz? Dojrzysz nas na pewno. Poczekamy tam na ciebie- rozkazała Licho nie pytając się wcale czy komuś się te plany podobają czy nie.
- A wy mordki w kubeł, dziewczynki, bo zginiecie razem z resztą...- tamte już przestały łkać ale wciąż był tak samo roztrzęsione. Kobiety z Licho ruszyły pod górę, zostawiając (byłego) sędziego z szybką misją.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej