Tereny Valfden > Dział Wypraw

Basen północny

<< < (24/29) > >>

Licho:
- Cha, no takie sprawy to się załatwia wprost- skomentowała ze wścibskim uśmieszkiem. - Dzięki, życie mi ratujesz! Dosłownie- aż czarne oczy jej zaiskrzyły na widok sztyletu; żelastwo rzuciła na łóżko.
- Oddam ci sztylet po wszystkim. Nie wiem czy się przyda, potrzebny mi na wszelki wypadek. A  żadnej krwi nie mam zamiaru przelewać, yhh. No... tak jakby, może przy okazji ktoś się zrani ale to nie od ran kłutych ktoś zginie...  Widzę, że jakiś psychopata mi się trafił? No ładnie- przewróciła oczami. - Licho jestem- odparła bez ceremoniałów i ruszyła z hrabią do Eve. Podparła ścianę plecami a ręce skrzyżowała na piersi.
- 41 minut- westchnęła.

Evening Antarii:
-Czego!?- powiedziała zaspana mrużąc oczy. Odgłosy powtórzyły się jeszcze więc nie mógł to być żaden stwór czy duch. Nałożyła na siebie koszulę i uchyliła drzwi, za którymi stał Salazar z jakąś chłopczycą. Uniosła brew zdziwiona, właściwie nie wiedziała co ma powiedzieć. Sytuacja zupełnie ją zaskoczyła. Otworzyła drzwi szerzej, płomyki świec poruszyły się chaotycznie.
-Coś się stało?- zadała takie banalne pytanie, gdyż nic innego nie przychodziło jej do głowy...

Canis:
- Jakie psychopata... lubię widok krwi toczący się z rany kutej, ciętej, miażdżonej, lubię widzieć jak ciało toczy krwawa choroba, gdy weń cierpienia goszczą każdej chwili gdy kości płoną a krew gotuje się...

- Wybacz, że zakłócam spokojny sen... - Mówił patrząc na Licho, Wprost? No wiesz... nie wypada mi do szlachcianki wprost powiedzieć od tak o i zaprosić do łoża, no jakby chciała, ale nie gdyby odmówiła, wstyd na cały Efehidon! Pokiwał głową z dezaprobatą. Szybko skierował wzrok na Eve, której wdzięki zniewalające powodowały miękkość nóg, chociaż gdyby miała ciemne włosy ciemne oczy... szybko skarcił swe myśli okrutnie brzmiące i powrócił do porządku patrząc Eve prosto w oczy, równie zniewalające niezależnie od jej barwy, chodź zaspane były urokliwe. - Poznaj Eve, to jest Licho i jest taka sprawa, że za 41... już 40 minut zrobi się tutaj gorąco... miałem ci ja rację, ze są tu więzione osoby, będą uciekać, więc dla naszego bezpieczeństwa, mimo, że nie będziemy może mieć w tym udziału, lepiej się również ulotnić i zabrać nasze własności... Konie i uciec wraz z nimi, może pomóc im przedostać się w dogodne miejsce, by schronili się gdzieś... Licho ma chyba jakiś plan by nam objaśniła to łatwiej będzie go wspólnie zrealizować i wykonać... Zamierzam im pomóc, wręcz chętnie spotkam przeciwności na drodze, pana Grunaldiego w szczególności... Jeżeli oczywiście zechcesz również stąd pójść, gdyż zniknięcie jednego znas zepchnie problem na pozostałą osobę, a niechciał bym ci tworzyć kłopotu... - Mówił przejęty zdając sobie sprawę, że jest ufny i łatwowierny, jednak bardziej pasowało mu to na wizję porządku a niżeli dom pana Grunaldiego obarczony widmem niewoli.

Licho:
- Takich jak ty nie brakuje. A teraz sprężaj się bo jeszcze tego brakuje, by ktoś na korytarz wylazł. I cicho gadajcie!- ostrzegała szeptem. Była nieco poirytowana, ale musiała się pilnować, gdyż niekontrolowane ruchy czy dźwięki niepotrzebnie wywołają lokatorów z ich pokojów. Licho się nie przyznała, ale nie miała planu co zrobić z córkami Grunaldiego. Miała po prostu nadzieję na nie nie trafić. A i też na nieproszonych gości (Salazara i Eve) nie miała zamiaru wpadać. Owszem, dostrzegła ich przez małe więzienne okienko w lochach, ale że akurat tu będą ulokowani, tego wiedzieć nie mogła.
Nerwowo zaczęła stukać stopą w podłogę. - No dalej no... Musimy się jeszcze wydostać z tego zawszonego domu, a to nie takie proste jak się wydaje- marudziła i rzucała różnymi przekleństwami pod małym noskiem.

Evening Antarii:
-Acha... Mhm...- przytakiwała Eve słuchając opowieści Salazara. Było to zbyt realne na marę senną. -Och, 40 minut?- i wreszcie do niej dotarło i ocknęła się z zasłuchania. -W takim razie nie ma co zwlekać!- oznajmiła żywiej po czym ubrała się szybko, na plecy narzuciła kubrak nie zapinając go wcale; wzięła najpotrzebniejsze rzeczy i szybko poprawiła włosy (musiała to zrobić). Minutę później stała już na korytarzu słuchając "rozkazów". Mało co z opowieści zrozumiała, po prostu wydawała się ona... niesłychana.  Postanowiła robić to, co będzie kazać dziewczyna.
-Dobra, nie marudź już, jestem gotowa- odpowiedziała szeptem Eve.
Przez okna wpadało blade światło księżyca, co wyglądało dość upiornie. Korytarz był opustoszały, ale trzeba było się zwijać w mniej uczęszczane rejony pałacyku.
-To co robimy?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej