Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
- Gdybyś pani Laro nie wspomniała o tych wydarzeniach, zapewne nie dostrzegli byśmy takich rzeczy, a teraz będziemy doszukiwać się dziwnych wydarzeń a sen będzie niespokojny o ile w ogóle będzie. Polecam nie opowiadać o duchach, jeżeli chce się uniknąć podejrzeń, - Odpowiedział z uśmiechem ukazując jak może wpłynąć taka opowieść, wszakże sam był przyzwyczajony do takich sfer umarłych tym bardziej, ze od dawna już nie miał możliwości dostrzec zwykłych bytów astralnych.
- Bardzo miła historia. Także tego tak... dobrej nocy i miłych snów! - Zawołał do Eve otwierając wrota do swojego pokoju. Nie zamykał drzwi, wszakże nie zamierzał zbyt długo w nim pozostać. wchodząc do środka rozpiął kubrak i ułożył go na stole ładnie składając w ćwiartę, począwszy od złożenia w pół na grzbiecie, następnie przez środek, co by zgięcie jakie powstanie ewentualnie ułożyło się na grzbiecie wzdłuż kręgosłupa, tym samym uwolnił swoją biało czerwoną skórzaną szatę spod kubraka.
Podszedł do misy i ręczników. rozłożył jeden i zakasał rękawy od szaty do połowy przedramienia. Zamoczył dłonie w misie i pochylił głowę nad miską, zaczął delikatnie ochlapywać twarz wodą i przejeżdżać dłońmi po twarzy, szyi i karku obmywając ją z brudu i nieczystości codzienności. Gdy twarz wyzbyła się ich wziął ręcznik i wytarł twarz i kark, włosy, suche były i takie pozostały.
Następnie odsunął krzesło i wziął misę na ziemię. Zaczął rozsznurowywać obuwie i zdejmować je. Uwolnione stopy po całym dniu w chłodzie, chwili w cieplejszej toni nabrały różowawej barwy, wręcz spuchły nawet. Włożył obie nogi do misy i dłońmi zaczął obmywać je z brudu i nieczystości jakie i na nich osiadły. Gdy już zakończył sprawę czystości swoich nóg wyjął je z misy i z powrotem założył swoje butki!
Wziął misę i ponownie posadził na stole.stojąc przy nim zaczął obmywać dokładnie ręce i przedramiona i ramiona, na tyle na ile pozwalały mu możliwości zakasanych rękawów od szaty. Gdy skończył wytarł ręce dokładnie, ramiona i zsunął rękawy szaty do normalnego ułożenia.
Zadowolony z siebie wiedział, ze już więcej się obmywał nie będzie, bo wszakże wanny w pokoju nie było by mógł się więcej popluskać, także uwolniony spod kubraka i delikatnie odświeżony wyszedł na korytarz. Podszedł do okna i chwycił za świecznik, przełożył go gdzieś na bok i przyjrzał się oknu i widokom za nim. Jak tu to otworzyć... Myślał przyglądając się ramie, by móc otworzyć okno, wychylić się z niego i oglądać piękne niebo, być może szczyty górskie, a morze piękne rozeźlone nocne niebo oświetlone bijącym odbijanym blaskiem księżyców...
Evening Antarii:
- Nie musicie się ich doszukiwać, ślady ich obecności są wręcz namacalne- rzuciła Lara w odpowiedzi. Twarz miała dziwną bez emocji.
-Dobranoc- powiedziała nieco zestrachana Eve. Zapaliła wszystkie świece jakie były w jej małym pokoju. Szyby pokryte były mroźnymi kwiatami, noc była nieprzenikniona, ciemna.
Woda w misce szczególnie ciepła nie była, raczej letnia. Zdążyła wystygnąć odkąd Lara nalała wrzątku. Dziewczyna z ulga pozbyła się grubych ubrań, które miały ją grzać. Teraz stawały się zbędne, gdyż w środku było przyjemnie ciepło.
Po dokładnym umyciu się Eve wskoczyła pod kołdrę i tę noc miała zamiar spędzić w towarzystwie wątłych płomyków świec. Wosk kapał na drewniany stół, a mściciel nie mogła skupić się na zasypianiu, gdyż w jej głowie zamieszkała myśl o tych krzykach i innych podejrzanych szeptach.
Odwróciła się do ściany zamykając oczy i nakrywając po same uszy. Tak wyczekiwała tego miejsca, poznania rodziny Grunaldiego, dzielnego wojownika z północy... A teraz myśli o jak najszybszej ucieczce.
Zasnęła po dłuugim długim czasie wsłuchiwania się w dźwięki z zewnątrz. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów dziewczę bało się nie na żarty...
Licho:
Salazar szukał jakiegoś uchwytu, takowy znajdował się w drewnianej framudze, tylko szkoda by było gdyby nasz bohater przeziębił się i umarł na zapalenie płuc wkrótce po wróceniu do stolicy, bo zachciało mu się oglądać gwiazd.
Już miał pociągnąć za klamkę, już zimne powietrze miało wtoczyć się do pokoju gdy wtem... drzwi otworzyły się nagle, a do środka wtargnęła niewysoka postać w czarnych łachmanach i kapturze na głowie. Była drobna, ale wyglądała na silną. Nie miała przy sobie broni, nie licząc zakrzywionego zardzewiałego kawałka żelaza w dłoni. Acha, i kieszenie też miała wypchane, ale co się tam znajdowało, tego na razie nie można zdradzić. Postać stanęła przy drzwiach podpierając je plecami.
- Ăśśśś! Proszę nie krzycz, nic nie mów, ćśśś!- przyłożyła palec do ust i posłała Salazarowi bystre spojrzenie czarnych oczu.
Canis:
No ładnie. I po tych historiach to co mam myśleć? że to duch? Zjawa? czy ktoś żywy? prawdziwy? I jak tu żyć, komu wierzyć... Najlepiej swoim oczom! A więc widzi osobę z zardzewiałym kawałkiem żelaza... No żelazo to dobre na duchy jest. I pomyślał - Może czyściciel korytarzy z duchów? Bo na pewno to nie duch, skoro żelazo trzyma i jeszcze jest! Ale każdy szczwany wojak spirytysta nie pozbywał by się ducha, bo to bezskuteczne, zainwestował by w sól i w poszukiwania zwłok wyglądających jak duch, tak można pozbyć się prawdziwych nie przyzywanych duchów! Ale czując się zagrożonym odchylił poły szaty i położył lewą dłoń na biodrze, gdzie zaświeciła piękna rękojeść szabli zawieszonej na uprzęży, zaś na samym ostrzu było można dojrzeć piękne grawery pnącej róży wzdłuż ostrza, zaś po przeciwnej stronie, przylegającej do ciała skryty był grawer węża, jego rodowego! prawą dłonią z kolei wskazał na ten kawałek żelaza w dłoni, by po chwili tylko pogrozić palcem niczym chcąc zakomunikować dziecku "Nie wolno!" Ale też nie znał intencji, chodź te czarne, ciemne wielkie oczy zawsze przyprawiały go o dreszcz i fascynację zarazem, to nie wgłębiał się drastycznie czego to osoba chce, chciała by był cicho, no to był cicho. Wierzył, że się zaraz rozjaśni o co chodzi. dalej trzymając lewą dłoń na biodrze, skierował prawą dłoń do okna, do uchwytu by otworzyć je i wpuścić to morowe powietrze do środka. Zapalenia płuc się nie bał, wiedział, ze złego diabli nie biorą, a dobrym nie jest żeby Zartat się nim zaopiekował. Wszyscy muszą umrzeć, wszyscy muszą zginąć... Otworzył okiennicę i wpuścił piękne powietrze do środka, orzeźwiające, mrożące, chorobliwie okrutne. No oczywiście otworzył na chwilę by schłodzić pokój, nie lubił też nadmiaru gorąca. Oparł się o framugę wręcz jakby siadając na parapecie, dalej z założonymi dłońmi na biodrach, racząc swoje plecy (i nereczki!) chłodem wpatrywał się w postać gotowym do wyjęcia szabli w razie napaści.
Westchnął głośno i zaczął mówić.
- W czym mogę pomóc?- zapytał w końcu z uśmiechem na twarzy.
Licho:
Licho drgnęła. Widziała jak Salazar kładzie dłoń na rękojeści. Zupełnie niepotrzebnie. Nie wiedział on bowiem, że owa postać i tak była groźniejsza, nawet bez czarów i porządnej broni. Była bowiem kobietą.
- Psiakrew!- rozeźliło się dziewczę. ÂŁypnęła na hrabiego spod kaptura i nerwowym krokiem podeszła do okna. - Zamykaj to kurwa! I nic nie mów, nic! Mówiłam ćśśś!- cały czas była zła, zatrzasnęła okno, a klęła pod nosem zduszonym szeptem jak szewc, aż strach pisać takie słowa. - Lepiej się mnie słuchaj, bo inaczej pożałujesz. Oboje pożałujemy- przytknęła mu ostrą krawędź żalaza do gardła. Po chwili odsunęła tę prowizoryczną broń, ściągnęła kaptur i usiadła na tapczanie.
- Dobra, albo mi pomożesz, albo zgnijesz w tych lochach razem ze mną- warknęła.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej