Tereny Valfden > Dział Wypraw

Kojący dotyk Enart. Ogrody Erosa.

<< < (64/84) > >>

Evening Antarii:
-Ano tak, przepraszam, wypadło mi z głowy. Nie przeszkadzasz nam przecież. Najważniejsze, że jesteśmy w komplecie- po czym spróbowała krewetek, tutejszego specjału. Różowe stworzonka o dziwnym zawiniętym kształcie żyjące w morzach, takie niepozorne a takie smaczne. Posłała jeszcze uśmieszek do Sila, tak, aby się rozchmurzył albo coś. Może to przez tą zupę? Ale miało być "cokolwiek" więc jest, zgodnie z zamówieniem. Kolejne krewetki znikały z jej talerza. Do smaku polane były sosem co razem w połączeniu z ziołami smakowało wyśmienicie. Już dawno Eve nie jadła nic tak ekskluzywnego. I w tak taniej cenie!
Karczma wypełniona wilgotnym i gorącym powietrzem tropików, zapach trunków i przepysznego jedzenia oraz siedzący obok Salazar... To wszystko sprawiło, że Eve już teraz humor bardzo się poprawił, choć i tak był dobry.

Canis:
- Dobrze, jednak dzień był długi, a idąca noc wskazuje by iść spać... jutro z samego rana będziemy mogli wszyscy wyruszyć do Ogrodów Erosa. Są na małej wyspie, gdy wyjdziemy północną bramą, po paru set metrach na krańcu dżungli będzie taki mały port, w któryhm wsiądziemy na gondole, nimi przepłyniemy kilka set metrów na wyspę z tymi ogrodami. Tam zobaczycie piękne rzeczy, posągi, urocze alejki, zagajniki. Naprawdę ładny park pełen ciekawych zwierząt.

- Jest mi bardzo miło, Eve i jestem szczęśliwy, że mogę tu siedzieć z Tobą, to radość dla mnie, że nie napawa cię moja osoba złością czy innymi emocjami, to bardzo... kojące, niczym morze Enart. Pójdę załatwić noclegi dla wszystkich, mają tu na pewno wspólne sypialnie dla podróżnych.- Powiedział z uśmiechem chyląc głowę. Po czym wstał od stołu i poszedł do karczmarza. Po chwili rozmowy, karczmarz wyszedł z nim przed karczmę i pokazał palcem budynek i uścisnęli sobiedłonie.

- Wszyscy którzy chcą odpocząć po trudach i znojach mogą iść do Domu gościnnego Hanny, tam można się przespać, znajdują się tam dwie duże sale z 20 łóżkami każde, łóżka odgrodzone parawanami, więc można swobodnie iść i spać bez lęku o intymność. Tu na przeciwko jest, można wejść i spać, nikt wam nie bedzie w tym przeszkadzał, ja też tam pójdę.

Silion aep Mor:
Wodorosty jakies epickie nie byly wszak to jakies glony z morza sa. Nigdy wczesniej nie mial do czynienia z glonami wiec mial mieszane uczucia, z jednej strony to jakies liscie byly a z drugiej cos nowego i tutejszy "specjal". Coz, jakos przelknal zupe, spojrzal na Evening i usmiechnal sie do niej. - Dziekuje i rowniez zycze smaczego. Zupa byla pyszna. - powiedział miłym glosem, troche a moze bardzo koloryzujac walory smakowe spozytego posilku. Talerz odsunal od siebie a lyknal troche browara, troche to bylo tak prawie pol kubka. Odlozyl kubek na stol i wsepil swoj wzrok w niego. Nigdy wiecej wodorostow. - pomyslal.

Szarleǰ:
Droga do wioski się trochę dłużyła, aż w gardle zdążyło zaschnąć. W pewnym momencie Szarlej był gotów dać sobie uciąć którąś z mniej ważnych części ciała za trochę wody. Wreszcie jednak udało się dotrzeć do wioski, a zbawienny widok karczmy napawał kanclerza niebywałą i rzadko u niego spotykaną radością. Już kierował się w stronę przybytku, gdy usłyszał melodyjkę.

Papuga zerwała się z ramienia panny Evening i odfrunęła w kierunku nieznajomego faceta. Wtedy na twarzy Szarleja pojawił się uśmiech.

Po krótkiej rozmowie człowieka z członkami załogi Szarlej nie miał już wątpliwości. To z całą pewnością był Salazar. Wtem uśmiech ponownie zagościł na jego twarzy, a po chwili zaniósł się donośnym śmiechem. Chyba nikt nie potrafił stwierdzić co tak naprawdę rozbawiło kanclerza.

Kilka minut później wszyscy znaleźli się w karczmie, a on, jak wiadomo, nie chciał i nie zamierzał odstawać od reszty. W momencie, gdy zmartwychwstały Salazar postawił każdemu po butelce ginu, na twarzy Szarleja uśmiech pojawił się po raz trzeci. Złapał butelkę w dłoń i wziął porządnego łyka.

Przez cały ten czas nie odzywał się ani słowem, gdyż kanclerz nie miał w zwyczaju gdakać, kiedy nie miał do powiedzenia nic ważnego, tudzież nikt go o nic nie pytał. Milczał więc i cieszył się przygodą i perypetiami losu, jakie dane było napotkać na swej drodze załodze Krwawego Graala.

Mohamed Khaled:
Nikły uśmiech przeszedł przez twarz Maurena, gdy Salazar człowiek, już nie jaszczur, podał wszystkim po butelce Ginu. Co jak co, ale alkoholem nigdy nie gardził, nie gardzi i gardzić nie będzie.
Rozsiadł się wygodnie gdzieś tam i zaczął popijać.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej