Tereny Valfden > Dział Wypraw
Kojący dotyk Enart. Ogrody Erosa.
Mohamed Khaled:
- Dzielcie się na dwa oddziały ludzie, natychmiast! Jedni pod pokład do dział, drudzy gasić płomień - warknął, chowając katanę do pochwy na plecach. Widział... śmierć Salazara. Zjawiskową i dziwną jednocześnie. Kim był tajemniczy osobnik, który spowodował ogień na pokładzie? Kto pokonał Salazara? Tego nie wiedział. Wiedział jednak, że teraz szlak trafił jego obojętność do świata. Działania, które teraz miały odbyć się na płonacym statku mogły uratować, albo zabić wszystkich tam zebranych.
Teraz nie obchodziło go, że nie jest tu dowódcą. Starał się zebrać osoby do obsługi dział.
Canis:
Ogień powoli rozprzestrzeniał się po pokładzie zajmując coraz większą powierzchnię. lakier pokładu dobrze się spalał... Maszt, na którym byl największy zagiel, szczytowy, powoli zaczął piąć się w górę niemal dotykając żagli, kwestią czasu było, gdy żagiel zajmie się ogniem. Jednak ogień robił to powoli, gdyż wilgotne powietrze i mgła utrudniały mu błyskawiczne zajmowanie okrętu.
Silion aep Mor:
Krasnolud stwierdził że jak on sie nie weźmie za gaszenie to nikt tego nie zrobi. Przypiął do pasa obie kusze. Pobiegł pod pokład by przyturlać na pokład dwie beczki z wodą, oczywiście to nie był cały zapas wody pitnej, toporem rozwalił wieka i pobiegł spowrotem pod pokład, wparował do kuchni i porwał kilka wiader. Przybiegł z nimi do otwartych beczek z wodą na pokładzie i napełnił je wodą. Krzyknął do elfa - Elrendar chodź tu, bierz wiadro i wspinaj się na góre, gaś żagle i maszt ja będę podawał wodę. po chwili rozejrzał się wokół. Kto by tu jeszcze? Hmm... po chwili. - Panie kanclerzu, ty też ładuj się na górę, masz tu wiadro z wodą. Ja nie mogę iść do ognia bo mi się broda zajmie... - mimo tego wział jedno z napełnionych wiader i chlusnał wodą w płonący pokład, napełnił i znów chlusnął, tym razem w burtę, biegał po wodę i gasił co się dało.
Mohamed Khaled:
- Ruszać się, ruszać! - warczał do wszystkich, starając się znaleźć jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji. Z jednej strony piraci, z drugiej płonący statek bez prawowitego właściciela. A to miała być tak ciekawa podróż, krótka, bezpieczna, relaksująca. Raptem kilka godzin wcześniej było spokojnie, wszyscy popijali jęczmienną i cieszyli się zachodzącym słońcem.
- Nie, Szarlej! - krzyknął. - Chodź pod pokład. Jeśli nie ogień nas zniszczy, to piraci! Potrzebuje ludu do armat!
Silion aep Mor:
Krasnolud krzyknął biegając z wodą i gasząc pokład. - Wszyscy którzy nie znają się na armatach do wiader! Chyba że chcecie spłonąć tutaj żywcem! A reszta z Mohamedem pod pokład i napierdalać ile kul w ładowni!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej