Wnętrze było czysto służbowe. Niezbyt szeroki korytarzyk prowadził dalej do szerszego i bardziej przestronnego pomieszczenia, w którym znajdował się długi stół, dwie ławy, masa skrzyń, worków, stojaków na broń i oporządzenie. Kręciło się tam dwóch rycerzy i jeden ktoś ubrany w strój strażnika miejskiego, nie należał na pewno do Zakonu ÂŚwitu. Tyłem do wejście, grzebiąc w jednym z pakułów i klnąc nieprzyzwoicie, kucał barczysty mężczyzna w srebrnej zbroi. Sądząc po wzroście, czuprynie i naprawdę niewybrednych słowach, był krasnoludem.
- Kto mi kurwa schował grzebień do brody? Którego słać na warty jak będzie pizgało złem, psie syny? Gadać, kurwa! - Tak, to był krasnolud. Zdecydowanie.