Tereny Valfden > Dział Wypraw
Stella Artois
Funeris Venatio:
- No dobrze - powiedział, unosząc rękę i dając znać Elizabeth, żeby nieco przystopowała i nie robiła scen. - Nie pojedziesz wtedy wcale. - Jego głos był beznamiętny i nie zdradzał żadnych emocji. Był zimny, stalowy, może nawet i trochę nieprzyjemny. Kapitan Yamaha bez żadnych ceregieli odwrócił się, dał szybki rozkaz do wymarszu i wspiął się na swojego konia, chcąc ruszyć na czoło kolumny złożonej z trzech wozów i kilku konnych.
Elizabeth:
Elizabeth było ciężko pogodzić się z porażką. Pokonał ją. Zabrakło jej argumentów. Czuła się bezsilna. Jakby jej zdanie dla nikogo się nie liczyło. Jedynie co mogła zrobić to z smętną miną pojechać na przodzie konwoju.
Rozejrzała się za najbliższym wozem i beznamiętnie wsiadła. Wkurzało ją to, że nie mogła poznać prawdziwych mężczyzn, a musiała się męczyć na przodzie z tym pedziem elfem, który nie umie traktować kobiety z szacunkiem i skłania się do haniebnego szantażu.
Elizabeth:
// Wysyła mi podwójnie... nie wiem dlaczego, ale się jakoś może dowiem.
Funeris Venatio:
Elf nic sobie nie robił z całego tego zamieszania. Był kapitanem, musiał dbać o porządek i bezpieczeństwo konwoju i nie mógł zmieniać harmonogramu czy obsady straży przedniej i tylnej z powodu jakiegoś rekruta, który strzela fochy. Zawsze uważał, że kobiety to samo zło i nie wiedział, czemu zostają przyjmowane na służbę do Bractwa. Co prawda była Patricia de Drake, teraz chyba o nazwisku Morii, która stała się aniołem; była też Evening Antarii, podobno już była narzeczona Kanclerza Venatio, z której by sobie otwarcie nie zażartował, lecz to wszystko widocznie było tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Tak, zapewne.
Elizabeth było chociaż wygodnie. Spoczęła na pace wśród jakichś worków, które były wcale miękkie i dawały się kształtować przy użyciu siły. Mogła więc znaleźć dogodną pozycję. Z przodu pierwszego powozu na którym jechała, na stanowisku woźnicy, siedział jegomość około czterdziestu lat, z długą brodą zaplecioną w warkoczyki. Głowę miał łysą, barki szerokie, a twarz przywodziła na myśl barbarzyńcę z jakiegoś dzikiego plemienia. Nie spojrzał nawet na kobietę, która znajdowała się nieco za nim. Ruszyli...
//Jeżeli chcesz przenieść się od razu do Atusel, bez większych postojów i ceregieli, to po prostu opisz jakoś drogę. Przypominam że jest to kawałek drogi, także będziecie jechać ze... dwa dni? No jakoś tak pewnie.
Elizabeth:
Elizabeth mając standartowego focha na cały świat, zamierzała zrobić sobie mały kącik tylko dla siebie. Ułożyła worki i ugniotła według swego widzimię, aby lepiej było jej leżakować. Troszkę się zmęczyła, ale efekt był zadowalający. Przynajmniej ją uszczęśliwiał, choć oczywiście wolałaby wylegiwać się w swoim pachnącym, miękkim łóżeczku, które trzymała w swoim pokoiku. No najwidoczniej musiała się zadowolić tym, a i tak pewnie lepiej mieć by nie mogła.
Podróż przemijała powoli, a podskakujący wóz nie zachęcał do wylegiwania się wśród worków. Pomimo, że były stosunkowo miękkie to nadal przy podskokach wbijały się, zadając spory ból delikatnej dziewczynie. Poza tym ile można leżeć i nic nie robić.
Usiadła, bo plecy ją już bolały, a pośladki jeszcze całe i zdrowe. Spojrzała na milczącego woźnicę i dziwiła się.
Jak on może tak siedzieć i nic nie robic, tylko trzyma te lejce. Chyba się zlituje i go trochę zabawie, bo zaraz zaśnie i ja również będę miała kłopoty. Kurde!
Po takim długim czasie ochłonęła już i na czworakach przybliżyła się do woźnicy.
-Hej, jestem Elizabeth - powiedziała wpatrując się w jego plecy.
//Jak nie masz nic przeciwko to możemy sobie jeszcze tutaj popisać ;) Najwyżej jak się skończą mi pomysły to opisze dalszą drogę. ÂŁatwiej mi będzie opisać tę ciekawą wycieczkę w krótszych odstępach czasowych.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej